| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30



lwow.info on Facebook


Related Posts with Thumbnails

film

wtorek, 16 grudnia 2008

Minął "ruski tydzień", zdjęcia dobiegają końca. 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak wcześnie musiałam wstać (6:30). Reżyser postanowił wycisnąć nas jak pan Henryk limonkę, i ogłosił początek zdjęć na godzinę 7.oo. Na szczęście u mnie pod domem. Przyszłam 7.2o, mając nadzieję, że statyści będą już przebrani, ale nie byli. Poza tym strasznie wiało, i choć spędziliśmy pod ratuszem ok. 1,5 h to przemarzłam do szpiku kości. Strzelcy Siczowi biegali po Rynku z ukraińską flagą, która wkrótce zawisła na ratuszu. Pierwotny pomysł był taki, że to Polacy zawieszają Polską flagę, ale Oleg z TV Lwów powiedział, że o pozwolenie na takie zdjęcia nie ma nawet co pytać, bo i tak go nie dostaniemy. Ciekawe, że to większy problem, niż obwieszać Operę swastykami.

 

Strzelcy Siczowi wieszają flagę na ratuszu 

 

Lwowianki czytają odezwę "Do mieszkańców miasta Lwowa"

Potem dostałam przepustkę, a oni pojechali na Cytadelę. Dojechałam po godzinie, już przebrana - kurtka puchowa, sweter, czapka, kaptur, rajstopy, spodnie, ciepłe skarpety i buty górskie. Jak na Syberię. A było zaledwie -1 st. Reżyser pochwalił, że wyglądam jak prawdziwa "planówka". Na Cytadeli znów były sceny walk, nasi gimnazjaliści biegali w kłębach sztucznego dymu strzelając z drewnianych karabinów. Za nimi biegało czterech Strzelców Siczowych (tych samych czterech, którzy opanowali rano Lwów). Strzelców było mało, bo umówiona grupa z Kijowa w ostatniej chwili się rozmyśliła i nie przyjechała, a druga umówiona grupa lwowska też nie wypaliła, więc chłopaki musieli sobie radzić w czterech. Palili też ognisko i śpiewali pieśni, a jeden był ranny i zginął. Od samego rana zresztą nienajlepiej wyglądał.

 

Krzysztof Lang 

od lewej pierwszy rząd: Henryk Janas, Marcin-Antoś Wolloch, Krzysztof Lang i statyści  



Nasze dzieciaki też śpiewały "płonie ognisko", ale tak potwornie fałszowały, że nie wiem, czy pan Krzysztof się odważy tę scenę pokazać w filmie. Na koniec umiera Antoś. Zostaje trafiony, osuwa się na ziemię i flaga wypada mu z rąk. Biedny Marcin, który grał Antosia, musiał umierać chyba z sześć razy, żeby nakręcili z różnych stron, i najadł się nieźle sztucznej krwi. Co prawda prawdziwy Antoś nie zginął w walce, a został ciężko ranny, zmarł trzy tygodnie później, ale na potrzeby filmu ta scena miała bardziej symboliczny wymiar. Pozostali żegnają się z nim, dziewczyny miały oczy podrażnione dymem z ogniska i prawdziwe łzy.
Zdjęcia skończyły się ok. 14.oo.

 

Paweł-Roman Abraham 

 

Marcin-Antoś Petrykiewicz 

 

 

 

 

 

 

śmierć Antosia 

 

 


Potem była przerwa i jeszcze po południu nagranie pani Janiny Zamojskiej, które robiliśmy w siedzibie Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie, bo pani Jasia nie mogła nas przyjąć u siebie. Federacja mieści się przy Rynku, ale w bardzo zapuszczonym starym mieszkaniu, i początkowo siedzieliśmy w klitce, w której nawet nie byłoby jak rozstawić kamery. Potem wpuszczono nas do drugiego pomieszczenia, gdzie już było lepiej, ale musiałam robić zdjęcia na klęcząco, co pan Henryk skomentował na swój sposób: "lubię, kiedy kobieta pada przede mną na kolana :)".  

Pani Jasia powiedziała wiele ciekawych rzeczy, choć więcej poza kamerą, niż do niej. Powiedziała, że my, Polacy, nigdy nie byliśmy przeciwko Ukraińcom, a jedynie przeciwko OUN i UPA. Że mieliśmy wielu przyjaciół wśród Ormian, Żydów. Że różnorodność jest dobra, bo wzbogaca człowieka. Powiedziała kilka rzeczy identycznych z tymi, co ja poprzedniego dnia, jednak popierając to swoim autorytetem osoby już wiekowej, a przy tym starannie wykształconej i głęboko religijnej, co widać było w jej wypowiedziach. Jednocześnie cały czas była niezwykle serdeczna i skromna, i nawet prosiła, zeby puścić ją anonimowo, bez nazwiska, bo nie chce reklamy. Przysłuchująca się rozmowie p. Chmielowa nawet zażartowała, że z czarnym paskiem na oczach ;) 

p. Janina Zamojska 

Na wieczór zaplanowane było jeszcze spotkanie pożegnalne, ale przedtem p. Krzysztof zabrał mnie do "Kryjówki". Jest to otwarta jakiś rok czy dwa temu, i wciąż ciesząca się ogromną popularnością knajpa, nawiązująca wystrojem i klimatem do leśnych kryjówek UPA. Nie byłam tam wcześniej, bo postanowiłam sobie, że nie pójdę, chociaż zdawałam sobie sprawę, że to nie chodzi o ideologię, ale chwyt marketingowy, i to obliczony głównie na przybyszy ze wschodu - Kijów, wschodnia Ukraina. Dołączyli do nas potem Henryk i Piotrek. Abstrahując od wymowy, Kryjówka jest dosyć pomysłowo zaaranżowana, choć też chyba mocno przereklamowana. Widzieliśmy się z Nazarukiem, ale miał dla nas mało czasu, szybko uciekł. Pan Krzysztof i p. Henryk zrobili trochę zdjęć, głównie młodzieży śpiewającej pieśni partyzanckie. Chodziło o uchwycenie współczesnego ducha bojowego Ukraińców. Czy się udało? Nie wiem. Może. Do pieśni przyłączyli się spontanicznie goście lokalu. Rozmawiałam wcześniej na ten temat z Henrykiem, powiedziałam, że mimo wszystko jestem przeciw, on, ze też, ale że nie trzeba podchodzić tak ostro. Zresztą nie zauważyłam wśród miejscowych młodych Polaków specjalnej niechęci do tego miejsca, wiem, że tam bywali. Może rzeczywiście? 

 

"Kryjówka" 

Na kolacji w restauracji Premiera Lwowska zebrała się śmietanka: ekipa filmowa, jakaś szycha z TV Lwów, Grażyna jako przedstawiciel konsulatu (w trakcie wieczoru awansowała na "panią konsul") i kwiat aktorstwa, na czele z Marcinem-Antosiem, który przyszedł z mamą, trzema gwiazdami - Kariną, Sofią i Marianą, a także Legioniści z Pawłem-Romanem Abrahamem. Siedzieliśmy prawie do północy, tak żal się było rozstawać. Teraz jeszcze ogrom pracy przy montażu, bo z nagranych 25 godzin trzeba zrobić 50 minut ;) Mnie też jeszcze czeka praca przy nagrywaniu fragmentow bloga, które również mają się znaleźć w filmie. Na początek maja zaplanowano pokaz we Lwowie. 

 

od lewej: Krzysztof Lang, Dariusz Włodarczyk, Małgorzata Bieńkowska, Oleh Kłymowycz, Henryk Janas

 

Marcin z mamą 

 

"pani konsul" Grażyna Basarabowicz 

 

legioniści 

 

przyszłe gwiazdy filmowe 

 

ja i Henryk 

 

"- Lalka, nie rób scen!" 

Staszek napisał, że myślał, że tak jak Janicki nikt o Lwowie już nie opowie. Może nie tak, ale opowie. Krzysztof Lang w 2005 r. nakęcił film "Przestrzenie Banacha", który leży u mnie na biurku - dostałam, jeszcze nie obejrzany. Widziałeś go, Staszku? Zdjęcia do tego filmu robił też Henryk Janas, nadworny operator Janickiego, który jeździł z nim z kamerą do Lwowa od 1988 r. Krzysztof Lang marzy o filmie fabularnym z akcją we Lwowie, myśli też o kolejnym filmie, fabularyzowanej opowieści o ciekawej postaci końca XIX w., absolwenta Politechniki Wiedeńskiej i Akademii Mleczarskiej w Mediolanie, urzędnika w angielskim Ministerstwie ds. Indii, który porzucił Londyn dla Galicji, bohaterze pojawiającym się na kartach powiesci Prusa i Sienkiewicza i .... więcej chyba nie mogę zdradzić. Mam tylko nadzieję, że pan Krzysztof zaprosi na plan :)

Ostatnie uściski i buziaki... bedzie mi we Lwowie brakowało pana śmiechu, panie Henryku. 

00:22, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (16) »
niedziela, 14 grudnia 2008

Przedostatni dzień zdjęć. Rzopoczęło się wszystko przy lekkim mrozie na Cmentarzu Łyczakowskim o 8.3o. Teoretycznie. Bo w praktyce okazało się, że cmentarz jest oczywiście zamknięty, a żeby filmować, trzeba zapłacić w kasie, a kasę otwierają o 9.oo. 
W końcu wpuścili. Dużo nie zobaczyłam, bo na 10.oo musiałam być na mszy u Marii Magdaleny, która też była filmowana, i na której mieli być inni bohaterowie filmu. Marta była ze mną, spotkała połowę swojej klasy. Były też siostry Zappe, u których robiliśmy nagranie pierwszego dnia, zaprosiły mnie, żebym kiedyś do nich wpadła. Muszę przyznać, że msza u Antoniego jest zdecydowanie ciekawsza i żywsza niż u Marii Magdaleny. Jedyne, co mi się podobało, to to, że Ojcze Nasz śpiewane było po polsku i po łacinie. Dużo osób znało na pamięć. No i jest to piękny kościół, może najpiękniejszy z lwowskich kościołów. 

Po mszy pojechaliśmy z powrotem na cmentarz, ale już było po akcji. Ekipę łatwo było znaleźć, bo dymili. Nawet jedna z kwiaciarek skomentowała to słowami; "szkoda, że dyrektora nie ma, na pewno by zabronił, ludzi trują! Jedyne, przy czym jeszcze byłam obecna, to rekonstrukcja obrazu Kossaka "Obrona Lwowa". Szukaliśmy na cmentarzu miejsca, które by przypominało to uwiecznione przez artystę. I muszę powiedzieć, że to ja - ja znalazłam. Szkoda, że nie było śniegu. Rekonstrukcja nie była wierna, ale wyszła moim zdaniem fajnie.

 

 

Antoś

 

Były też próby ze sztucznym śniegiem, ale śnieg okazał się kiepski, waciany, i pomnik Marii Konponickiej nie dał się ośnieżyć, bo wszystko spadało. A podobno jest taki sztuczny śnieg, że nie da się go odróżnić od prawdziwego. Ale to film niskobudżetowy. Jeden odcinek popularnego serialu kosztuje więcej, niż ten film. 
 
Następnie zrobiliśmy na szybko piękny witraż na ul. Hercena - ze mną w tle, czy może ja z witrażem. Z góry klatki schodowej by lepiej wyglądało, ale pan Heniek powiedział, że to nie na jego lata tam włazić. Z witraża od mojej ostatniej wizyty niestety znowu ubyło kilka szybek... Niestety nie mam ładnych zdjęć witraża, bo cały czas ganiałam po tych schodach - tu można go za to obejrzeć dokładniej i poczytać.

 

 

Potem były inscenizacje na podwórku cerkwi wołoskiej. Antoś rozrzucał ulotki, i gonili go Strzelcy Siczowi. Do ujęcia zostały także zaangażowane dwie baby żebrzące pod cerkwią.

 

 

 

 

 

Strzelcy Siczowi 

 

Potem zostałam wypuszczona do domu, żebym się moralnie i fizycznie przygotowała do swojego najważniejszego nagrania. Zjadłam obiad (co mi się ostatnio nie zdarza często). Dwie porcje na wszelki wypadek. 

I właśnie teraz, w tej chwili siedzę i piszę te wypociny (offline), a szklane oko wpatruje się we mnie. Prawda życia, o której mówimy, prawda ekranu, która mówi.  

 

 



***

Skończyliśmy o 20.15.

 

pan Henryk robił, co mógł, żebym dobrze wyszła 

21:48, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 grudnia 2008

- Jutro będzie masakra. - powiedział wczoraj reżyser. To znaczy, że dziś zaczynają się inscenizacje. Praca od 8.00 do 18.00 bez przerwy, głównie na dworze. Kręcone były sceny zrzucania na miasto ukraińskich ulotek, apelu w polskiej szkole, walk ulicznych, barykady i pogrzebu gimnazjalisty. Wszystko odbywało się w pobliżu szkoły św. Marii Magdaleny. Dzieci wymarzły okrutnie, my zresztą też. 

O kostiumy niepotrzebnie się martwiłam, bo jednak wyszły przyzwoicie. Oczywiście biorąc pod uwagę, że wszystko jest umowne, a nie odzwierciedlające w szczegółach prawdę historyczną.  

Jednym ze statystów jest Kazik, aktor polskiego teatru, którego ekipa poznała w restauracji Premiera (jego żona jest właścicielką), gdzie jedliśmy obiad kilka dni temu.  W pierwszej chwili nie mogli sobie przypomnieć, skąd go znają. Po doklejeniu wąsów zyskał sobie przydomek "Piłsudski". 

 

 

 

Antoś Petrykiewicz 

 

 

 

Jeden ze statystów zupełnie przypadkiem okazał się bliźniaczo podobny do Romana Abrahama, który dowodził oddziałem "Straceńców", w szeregach którego walczył Antoś 

 

 

"Abraham" i "Piłsudski" 

 

- Marcin, a ty nie bedziesz ranny? - Nie, ale ja za to na koniec umieram. 

 

 

 

 

 

A, i zapomniałabym dodać, że barykada miała być w ogrodzie Politechniki. Jednak kiedy zaczęliśmy się tam rozkładać, o mało nie doszło do prawdziwej potyczki, ponieważ akurat koło gmachu przechodził prorektor tej uczelni. I zainteresował się pozwoleniem na filmowanie. Takie oczywiście było, ale wystawione przez władze miasta, i niepotwierdzone przez rektora. W czasie kiedy człowiek z TV Lwów, który to załatwiał poszedł wyjaśniać sprawę, przyjechali ochroniarze i średnio grzecznie nas wyrzucili poza teren uczelni. 

 

21:56, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 grudnia 2008

Dziś spotkaliśmy się z ekipą filmową pod dawnym gmachem radia na ul. Batorego (teraz kniazia Romana). Z kniazia Romana pojechaliśmy prosto do pana Romana, czyli Romana Czmełyka, dyrektora muzeum etnograficznego, który udzielał wywiadu na tle niedawno otwartej ekspozycji zabytkowych zegarów. 

Jest to człowiek, o którym może powinnam napisać trochę więcej, bo znamy się ponad 11 lat. Właściwie pierwszy poznany przeze mnie Ukrainiec, i pierwszy lwowiak. Dzięki niemu poznałam wielu ludzi ze środowiska ukraińskiej inteligencji, z którymi do tej pory utrzymuję kontakty. Zabierał mnie na wystawy, wernisaże, wyjazdy. Zaprzyjaźniliśmy się. Jest dla mnie jedną ze stałych w tym lwowskim krajobrazie, kimś na kogo zawsze można liczyć, kto zawsze znajdzie czas, i radę. Człowiekiem, którego bardzo cenię za jego poglądy, sposób bycia, poczucie humoru. 

Dzisiaj też powiedział kilka rzeczy, pod którymi mogłabym się podpisać obiema rękami, ale i kilka, które mnie zaskoczyły. Powiedział, że dzisiejszy Lwów to miasto bez wątpienia ukraińskie, ale o bogatej wielonarodowej spuściźnie. I choć to Ukraincy dziś wiodą w nim prym, to nie można zapominać o innych grupach, tworzących to miasto, choć proporcje sprzed wojny uległy zasadniczej zmianie, to jednak te same elementy są w nim cały czas obecne - Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie. I tym bardziej na Ukraińcach spoczywa teraz odpowiedzialność, aby ten wielonarodowy Lwów zachować. Dlatego to inteligencja ukraińska musi wychodzić z inicjatywą. Dużym problemem w tym kontekście jest odpływ młodzieży polskiej, a także żydowskiej, i luka, która po nich pozostaje. Te lukę on stara się wypełniać, organizując w swoim muzeum polskie wystawy, odbywa się ich 6-7 rocznie. 

Padło pytanie o rok 1918, o różnice w podejściu do interpretacji tamtych wydarzeń w oczach Polaków i Ukraińców. Powiedział, że dla niego nie ma zasadniczej różnicy, że obie strony walczyły o to samo - o ich Lwów, i obie strony miały takie same moralne prawo do tego, więc taki sam szacunek należy się tak jednym, jak i drugim. Że dobrze, że otwarto w końcu Cmentarz Orlat, że ucichły spory wokół niego, a także, że najgorsze czasy jeśli chodzi o antagonizmy między Polakami i Ukraińcami już minęły. I jeżeli usłyszy się z ust Ukraińca "Lwów jest nasz", trzeba podchodzić do tego spokojnie, bo stoi za tymi słowami wielka chęć samopotwiedzenia, właściwa młodym państwowościom, i mała wiedza historyczna. I trzeba czasu, żeby to podejście zmienić. Powiedział także, że chciałby, żeby Polacy nie przyjeżdżali do Lwowa po to, aby manifestowac jego polskośc, a po to, aby czerpać z europejskiego dziedzictwa, którego jest on częścią. Bo tak naprawdę trudno by znaleźc we Lwowie miejsc, budynek, który należał by do spuścizny tylko jednego narodu, niezależnie od tego, czy chodzi o Polaków, Ukrainców, Ormian, Włochów, czy innych. 

Na koniec padło hasło "Lwów zobowiązuje". To hasło przewija się już od kilku dni, a pierwszy raz padło z moich ust, ale p. Krzystofowi się bardzo spodobało, bo wciąż je przytacza i podpytuje innych, jak by je rozumieli. Czmełyk powiedział, że Lwów zobowiązuje do tolerancji. I do tego, żeby nie zaprzepaścić wielowiekowej wielonarodowej tradycji. Zażartowałam, że taki będzie chyba tytuł filmu i ... trafiłam? W razie czego, będę się domagać praw autorskich ;)

 

 

Przy okazji wizyty w muzeum zostało nakręconych kilka scenek we wnętrzu (ja robię zdjęcia). Potem pojechaliśmy na bazar krakowski, gdzie znowu byłam filmowana przy zakupach, przechadzalam się między ladami z wyłożoną kapustą, marchwią, piramidami granatów, jabłek, mandarynek i różnych innych owoców, których nazw nawet nie znam, próbowałam suszonych śliwek, i łapałam kątem ucha komentarze przekupek na temat pojawiającej się znienacka kamery: - jak tak nas filmować bez uprzedzenia! przecież my nieprzygotowane! - ta jooooj!! - dobrze, że to Polacy, nie nasi, już by w telewizji było! Jedna pani sprzedała nam ogórki kiszone, wyjmując je paluchami z beczki. Na widok kamery jednak się zmieszała, i stwierdziła, że ręką to nie wypada. Do kamery, bo klientowi bez kamery można paluchami podawać. Ogórki potem zostały skonsumowane wraz z połówką żytniego chleba (zamiast obiadu). 

Następnie byliśmy na Wysokim Zamku w dwóch miejscach, gdzie ja znowu ganiałam z aparatem, a potem pan Henryk opowiadał, jak był tam z Janickim (robił zdjęcia do wielu filmów Janickiego o Lwowie), i nawet puścił mnie na chwilę do kamery, żebym zrobiła widok na Jura i Elżbietę. Pan Henryk dużo mi podpowiada, udziela rad i zwraca uwagę na fajne kadry, ocenia moje zdjęcia, i zostawił dziś dla mnie ostatni kawałek czekolady. A rady człowieka, który nakręcił ponad 100 filmów są nie do przecenienia. Kiedy mam okazję, podpatruję jak on kadruje, jak wybiera tło. 

 

 

Potem kręciliśmy się jeszcze koło szpitala żydowskiego, a na koniec poszliśmy do restauracji na ostatnim piętrze hotelu Opera, skąd rozciąga się piękna panorama miasta, a figury na fasadzie gmachu opery robią niesamowite wrażenie. Sciemniało się, i podziwialiśmy wschód księżyca nad Wysokim Zamkiem.

 

 

 

22:06, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 grudnia 2008

Dzisiaj mogłam poczuć sie jak gwiazda filmowa, i to wielkiego formatu, bo miałam nawet scenę rozbieraną. No, prawie. Właściwie ubieraną bardziej. Kamera towarzyszyła nam dziś od 7.oo rano, filmowali jak prasuję, jak Wasyl ubiera dziecko, jak jemy jajecznicę, rozmawiamy, jedziemy do szkoły, przedszkola.  

Potem byliśmy na cmentarzu, gdzie wejście okazało się wcale nie takie proste, bo niby w cenniku jest pozycja "filmowanie", ale dyrektor zaażądał scenariusza do wglądu. Nie było. Pomógł Oleg z lwowskiej TV, dzięki któremu otworzyły się już niejedne drzwi, przekonał dyrektora, że to tylko program tv i zgodę dostał. 75 hr za godzinę, ale w praktyce czas mieliśmy nieograniczony. Ja oprowadzałam zaimprowizowaną z uczniów polskiej szkoły wycieczkę, głównie po cmentarzu Orląt, pan Henryk robił "przebitki" i łapał w obiektyw kamery delikatne zimowe słońce.   

 

ja i moja "wycieczka" 

 

 

w katakumbach opowiadam o Antosiu Petrykiewiczu 

 

pan Henryk tak się zmęczył, że aż musiał się położyć 

 

Z cmentarza pojechaliśmy do miasta, przeszliśmy się ul. Ormiańską, a potem do dzielnicy żydowskiej i synagogi Złota Róża, gdzie spotkaliśmy urzędującego tam od pewnego czasu chasyda, który dla mnie wygląda jak wcielenie Izaaka Nachmanowicza. Znałam go już wcześniej, bo czasem wychodził do moich wycieczek. Zgodził się wziąć udział w nagraniu i powiedział wiele ciekawych rzeczy z żydowskiego punktu widzenia, które można by streścić słowami: Lwów był ważnym ośrodkiem myśli i kultury żydowskiej, z którego jesteśmy dumni, i który chcemy odrodzić. 

 

Po południu próba kostiumowa. Z kostiumami w ogóle jest cienko. Jakieś ni-to-mundurki-ni-to-mundury, kożuchy, płaszcze bez stylu i epoki, a dziewczyny w chustach i długich falbaniastych spódnicach jak krupiarki z Łyczakowa. Inaczej to sobie wyobrażałam. Ale może to tylko na pierwszy rzut oka tak wygląda. Miejmy nadzieję. 

 

 

23:08, pani-z-warszawy , film
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 grudnia 2008

Rano ekipa zaskoczyła nas na lekcjach tanga. Autentycznie nas zaskoczyła, bo do ostatniej chwili myśleliśmy, że nie ma szans, żeby ich wpuścili i pozwolili filmować. A jednak. 

Potem było łażenie po mieście - kasyno szlacheckie (za filmowanie w środku zapłaciliśmy 100 hr, kilkominutowa scenka), park Kościuszki, dyrekcja kolei, dworzec i okolice dworca. Widoki miasta, miejsca, częśc ujęć pewnie będzie wykorzystana w inscenizacjach listopadowych walk, a także aranżowane scenki jak chodzę po mieście i robię zdjęcia.

 

ile można nakręcić za 100 hr 

 

Krzysztof Lang (reżyseria) i Henryk Janas (zdjęcia) 

 

wybór planu 

 

i konfrontacja z archiwalnymi zdjęciami 

 

Zamiast obiadu byliśmy w Operze, gdzie pozwolono nam filmować do woli bez opłat, i nawet opuścili kurtynę Siemiradzkiego, prawdziwe święto, bo to się nieczęsto zdarza. Za to zastępca dyrektora dal się poznac jako burak, bo nie dość, że tam toalety są zawsze zamknięte, to kiedy go poprosiłam, żeby otworzył powiedział "myślałem, że wam chodziło o widownię". Że niby żart taki. Ha, ha. 

Popołudniu byliśmy umówieni w konserwatorium na spotanie z p. Marią Tarnawiecką, pianistką, nauczycielką muzyki, jurorką na międzynarodowych konkursach pianistycznych i córką znanego przedwojennego lwowskiego architektra Piotra Tarnawieckiego. Nagrywane były jej zajęcia ze studentami, nota bene laureatami kilku międzynarodowych konkursów, a potem rozmowa z nią samą. Rozmowa nie była szczególnie ciekawa, ale za to jak ona mówiła o muzyce! Tak plastycznie, że można ją było wręcz zobaczyć oczami wyobraźni. Od razu było widać, że to całe jej życie. Mimo, że ma już swoje lata, zachowała czar i urok, a może dopiero go nabrała, bo nie widać tego było na starych zdjęciach. Bardzo elegancka, miałam czasem wrażenie, że specjalnie ustawia się do zdjęć, mając świadomość, że jest fotografowana. Spotkanie zrobiło na mnie duże wrażenie. 

 

p. Maria słucha w skupieniu Chopina w wykonaniu Serjoży

 

"... druga i trzecia suita były zbyt ciężkie" - p. Maria z uczniami

 

 

 

 

 

 

 

22:40, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 grudnia 2008

Dziś zdjęcia w różnych miejscach w mieście, a po południu nagranie chóru Uniwersytetu III Wieku, oraz jeszcze jednego historyka ukraińskiego oraz tłumacza Herberta na j. ukraiński (nazwisko uzupełnię później). 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wywiad rozpoczął się od miłych dla ucha frazesów, jak to kiedyś współżyły we Lwowie różne narodowości, wzajemnie się przenikając i tworząc niepowtarzalny klimat tego miasta. Jak to genius loci Lwowa sprawiał, że i przybysze z zewnątrz przejmowali miejscową tolerancję i nieumiejętność do prowadzenia konfliktu w ostry sposób. O tych wypedzonych, którzy zostali skazani na życie z dala od Lwowa, co stało się ich osobistą tragedią. Nasz gość takiego życia nie potrafilby sobie wyobrazić, i współczując im doszedł do wniosku, ze na tych, którzy pozostali, na nim, spoczywa odpowiedzialność za to miasto, że muszą zadośćuczynić tym, którzy Lwów utracili, i nieść wiedzę o tamtym Lwowie. I tak dalej. 

Potem reżyser (Krzysztof Lang) poprosił, żeby może bliżej nawiązać do wydarzeń z 1918 roku, i wtedy usłyszeliśmy, ze wojna ta była katastrofą dla miasta. Że tak do Lwowa wkroczył krwawy wiek XX. Wraz z polskim wojskiem. Podczas kiedy wcześniej zawsze można bylo się dogadać, i przedyskutować sporne sprawy w inny sposób. Tu wtrącił się p. Krzysztof, mówiąc, że chyba coś się nie zgadza - jaka polska agresja, kiedy to wy pierwsi dokonaliście wojskowego przewrotu? Rozpoczęła się długa dyskusja, już przy wyłączonej kamerze, jednak miałam wrażenie, że do porozumienia nie doszło. 

Na koniec, na pytanie, co by było, gdyby ta wojna nie wybuchła, nasz rozmówca powiedział: może Ukraina zyskałaby wtedy niepodległość - na wschodzie. Może przeciwstawiłaby się bolszewickiej Rosji, i miałaby czas na kształcenie kadr i rozwój kultury narodowej. Może wtedy inaczej potoczylaby się II wojna światowa. An nawet jeśli potoczyłaby się tak samo, to może dzięki temu okresowi przedwojennemu mielibyśmy inny start, i teraz bylibyśmy już w Unii Europejskiej.

Wypowiedź w całości niezbyt przypadła mi do gustu. Brakowało w niej całościowego, syntetycznego spojrzenia na sprawę, a między wierszami prześwitywały jednak pewne schematy myślowe, do których rozmówca starał się, jakby na siłę dopasować fakty. Nie chciał dyskutować. Chciał tylko przedstawić swoj punkt widzenia.  

Wieczorem zapytałam jeszcze, jak to jest, kiedy jest się reżyserem, a zaproszony do udziału w filmie gość przedstawia punkt widzenia absolutnie sprzeczny z naszym. - Mogę go zupełnie wyciąć. Nie muszę go puszczać. Więc jednak taki film, jaki by dokumentalny nie był, jest dziełem bardzo subiektywnym, obrazem, który widzi reżyser, i który chce widzowi pokazać. 

 

 

Krzysztof Lang w akcji 

 

23:33, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 grudnia 2008

Dzisiaj były zdjęcia w szkole - druga klasa pokazywała, co potrafi. Były recytacje, śpiewy, a także dzieci mówiły trochę od siebie. Niektóre wstydziły się występować przed kamerą, inne bardzo chciały coś powiedzieć, na tyle, że na pytanie o przysłowia związane z zimą niejaki Boguś... zaczął je sam wymyślać: "ciężka zima - chleba ni ma". Znaliście takie przysłowie? Potem opowiadali o prezentach mikołajkowych. Jeden chłopiec dostał "słodycze, czekoladę, cukierki i wszystko, co sie odnosi do słodyczy", a drugi skrzynię drzewnianną. Wtedy Boguś wstał, i powiedział, że i on też, i on skrzynię. I czekoladę, i grę komputerową. I rolki. I klocki. I batmana.  

A potem wszyscy brali autografy od reżysera.  

Przy okazji wybrano także pięciu Antosiów Petrykiewiczów, z których jeden prawdopodobnie zagra w filmie.

 

 

 

 

 

W drugiej części dnia zaplanowane było spotkanie z kolejnym historykiem, Olegiem Pawłyszynem, który opowiadał już nie tak błyskotliwie, i nie z taką swadą jak Hrycak, a raczej z pozycji gabinetowego badacza, ale też ciekawie. Najwięcej o szczegółach walk 1918 roku, o niektórych niuansach. 

Kiedy wybuchła wojna, we Lwowie nie było jeszcze oddziałów ukraińskich Strzelców Siczowych, które dotarły do miasta po kilku dniach. Była pewna ilość żołnierzy zaprawionych w bojach na frontach I wojny światowej (w wojsku austriackim), ale to doświadczenie nie obejmowało walk w terenie miejskim, bo takich w czasie I wojny nie było. Ponadto sporą część walczących po stronie ukraińskiej stanowili chłopi, których najpierw trudno było przekonać, że 1 listopada walka się nie zakończyła zawieszeniem ukraińskiej flagi na ratuszu, a rozpoczęła, bo oni właściwie uważali sprawę za załatwioną i chcieli rozjeżdżać się do domów.  Po drugie, byli to ludzie, którzy nierzadko wcześniej wcale nie bywali w dużym mieście i nie tylko nie znali jego topografii, ale najzwyczajniej się go bali. najgorzej bylo, kiedy w wyniku bombardowania dochodziło do pożarów - dla chłopów oznaczało to katastrofę i momentalnie wybuchała wśród nich panika, podczas gdy mieszczuchy nie bały się ognia. Dochodziło nawet do komicznych sytuacji, jak ta, kiedy podpisano chwilowy rozejm między walczącymi stronami po to, żeby straż pożarna mogła ugasić pożar na Poczcie Głównej. Kiedy niebezpieczenstwo zostało zażegnane, walka rozpoczęła się na nowo. 

Podkreślał także, że wojna prowadzona była w niezwykle cywilizowany, nawet jak na dzisiejsze czasy, sposób. Nie była to wojna totalna. Co rusz były zawieszenia broni, podczas których wrogowie robili sobie wspólne zdjęcia pamiątkowe. Podpisano porozumienie dotyczące wzajemnego wizytowania obozów jenieckich, ze strony polskiej na takie wizyty jeździły m. in. Teodozja dzieduszycka i maria Dulębianka, obie przypłaciły to tyfusem i śmiercią. Ukraińcy zgodzili się nawet na to, aby jeden z krakowskich banków przesyłał do oddziału w Tarnopolu pensje, które mogli tam podejmować polscy urzędnicy niegodzący się pracować pod administracją ukraińską. Ani jedna, ani druga strona nie niepokoiła samorządowych władz miejskich - po zajęciu Lwowa przez Ukraińców rada miejska pracowała spokojnie w dawnym składzie, to samo było w innych miastach. W jednym z nich Ukraincy przejmując władzę przejęli też kasę miejską - a ustępując przed siłami polskimi zwrócili ją prawie nienaruszoną z objaśnieniem ile i na co wydali.  

Co ciekawe także, padło stwierdzenie, że Ukraińcy, widząc słabość swoich sił w stosunku do sił polskich sami wycofali się ze Lwowa, oczywiście z zamiarem ponownego zaatakowania go i zdobycia w przyszłości, do czego, jak wiemy, nie doszło. W 1919 r., po przegranej wojnie, Ukraińcy nie tracili nadal nadziei na niepodległość i uznanie prawa do niej przez społeczność międzynarodową, stworzony w 1918 r. rząd funkcjonował jako emigracyjny - w Wiedniu, aż do 1923 r., kiedy rada ambasadorów oficjanie potwierdziła przynależność Lwowa i dawnej Galicji Wschodniej do Polski. Wówczas część Ukraińców rozpoczęła legalne działania w ramach państwa polskiego (około 20 osób zasiadało w sejmie i senacie), część poszła bardziej radykalną drogą, co w latach 30-stych doprowadziło do powstania ukraińskich ruchów nacjonalistycznych, które działały metodami terrorystycznymi. 

 

23:47, pani-z-warszawy , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 grudnia 2008

Najważniejszym punktem dzisiejszego dnia było nagranie wywiadu z prof. Jarosławem Hrycakiem, historykiem ukraińskim, profesorem uniwersytetu im. Iwana Franki we Lwowie, dyrektorem Instytutu Badań Historycznych, profesorem wizytującym Instytutu Centralno-Wschodniego w Budapeszcie, kierownikiem Katedry Historii Ukrainy Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie. 

Szykowałam się na arcyciekawe spotkanie, znając wcześniej Hrycaka z jego wykładów na inne tematy z najnowszej historii Ukrainy i spornych kwestii w historii polsko-ukraińskiej. I nie pomyliłam się. Cenię go przede wszystkim za przekazywanie historii w taki sposób, że jednocześnie nie ustępując ze swoich pozycji nie umniejsza roli innych, wyrażając się o wszystkich z szacunkiem i szukając jakiejś wspólnej prawdy, a nie jedynej słusznej. Poza tym, jak potem zauważył pan Krzysztof, jest to rzeczywiście naukowiec europejskiego formatu, który potrafi spojrzeć na różne wydarzenia szerzej, niż tylko z perspektywy własnego podwórka. "Historia Ukrainy 1772-1999" jego autorstwa była tłumaczona na polski, myślę, że jest jeszcze do dostania - dla zainteresowanych. A tutaj kilka krótkich artykułów na różne tematy (po ukraińsku)

Spotkanie było umówione w kawiarni Wiedeńskiej, co początkowo budziło wątpliwści epkipy, ale zjawił się Hrycak, i wyjaśnił, że miejsce wybrał nieprzypadkowo, a dlatego, że jest to jedna z najstarszych lwowskich kawiarni, a życie Lwowa toczy się gównie w kawiarniach, w dodatku powiązana częściowo z wydarzeniami z 1918 roku, o których miał opowiadać. 

Mówił długo, ciekawie i dobrze. Miałam to szczęście, że mogłam słuchać, bo siedziałam obok, gdyby okazał się potrzebny tłumacz. Mówił o sytuacji Ukraińców w XIX w., o rozwoju myśłi narodowej, o dwóch ośrodkach - Kijowie i Lwowie, różnicach między nimi, a także różnicach między starszym a młodszym pokoleniem Ukraińców i i ch zapatrywaniami na sprawę niepodległości w 1918 r. Okazuje się, że zajęcie Lwowa przez Ukraińców w nocy z 30X na 1XI tegoż roku było także niespodzianką dla starszych Ukraińców, którzy w przeciwieństwie do młodzieży chcieli załatwić sprawę niepodległości legalną drogą rozmów i umów międzynarodowych.  Powiedział także, że Lwów nie był na tyle ważnym ośrodkiem, żeby nie mogło bez niego istnieć państwo Ukraińskie. Tak samo, jak i polskie. Jednak ani Polacy, ani Ukraińcy nie wyobrażali sobie swojej ojczyzny bez Lwowa. Dlatego wybuchła ta wojna. Na tereny Galicji, które stanowiły 15% ziem, o które walczyli Ukraińcy, przerzucili oni 50% wojsk, podczas gdy na wschodzi mieli realne zagrożenie w postaci biolszewików. I może gdyby nie słabość militarna na tamtym froncie, inaczej potoczyłoby się koło historii, bo w tym okresie Petlura dysponował największą armią na terenie obecnej Ukrainy. Dobry przykład tego, jak czasem walka o symbole przesłania realne cele polityczne. Jednak według profesora nie to było przyczyną porażki Ukraińców, a to, że nie mieli poparcia na arenie międzynarodowej, w odróżnieniu od Polaków, którzy nie musieli walczyć w Eurpejskich salonach o uznanie prawa do własnego państwa. 

Najbardziej jednak spodobała się nam wszystkim obrazowa metafora, której użył profesor prównując tamten i współczesny Lwów. Zwrócił uwagę na t, że w czasie drugiej wojny światowej Lwów stracił około 80% ludności, a po wojnie został zasiedlony Ukraińcami z podlwowskich wsi i Rosjanami. I zmienił się diametralnie. Choć architektura pozostała ta sama - to tak jakby na scenie pozostawiono dekoracje, ale weszłą inna trupa aktorów, i zaczęła grać inną sztukę. Ale - rzecz przedziwna - po pewnym czasie ci nowi aktorzy zaczęli się czuć jak u siebie, jakby mieszkali tu od zawsze... i zaczęli grać tę starą sztukę! Jakby nic się po drodze nie wydarzyło. Tak, że teraz odwiedzający Lwów odnajdują w nim to samo stare, austro-węgierskie miasto. 

Na koniec padło kilka osobistych refleksji na temat Lwowa, pod którymi i ja mogłabym się podpisać dwoma rękami, okazało się, że mamy podobne poglądy na kwestie Lwowa, a on dodatkowo ubrał to w ładne słowa. 

A prywatnie powiedział mi, że kiedy przejdzie na emeryturę, to też będzie oprowadzał po Lwowie. Bo kocha Lwów. Bo nigdzie na świecie nie ma takiego miejsca, jak w kąciku na piętrze kawiarni wiedeńskiej, a takim widokiem, z taką jakością dzwięku dookoła, i z tak dobrą kawą za tak niską cenę.  

 

 

 

 

22:39, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (1) »

Zostałam zaproszona do udziału w filmie dokumentalnym o Lwowie. Początkowo miała to być tylko pomoc na zasadzie podrzucenia pomysłów, konsultacji, a potem okazało się, że trzeba będzie też cos powiedzieć od siebie, i stanąć przed kamerą. A sprawcą wszystkiego był ten blog, bo to jego lektura natchnęła reżysera do napisania do mnie. 

Przedwczoraj sześcioosobowa ekipa z Krzysztofem Langiem na czele dotarła do Lwowa, a wczoraj miał miejsce pierwszy dzień zdjęciowy, w którym częściowo uczestniczyłam. Poprosiłam jeszcze przed przyjazdem o zgodę na towarzyszenie i podglądanie, więc plączę się pod nogami, i przyglądam, jak wygląda praca filmowca. 

Wczoraj było nagranie w domu sióstr Zappe. Bardzo sympatyczne, ciepłe starsze panie, mówiła głownie pani Wisia, i to widać, że już nie pierwszy raz do kamery, bo słowa wystudiowane, historie zakończone nienaganną puentą. Pani Irena raczej z boku, przysłuchiwała się siostrze, czasem dorzucając jakieś słówko, choć kiedy kamera została wyłączona, okazało się, że i ona ma wiele do powiedzenia.

Opowiadały o swoim życiu, o latach dziecinnych, o szkole, wakacjach w Zaleszczykach. O francuskim pochodzeniu swojego nazwiska, które pochodziło od pradziadka, żołnierza napoleońskiego, który osiadł na tych ziemiach i ożenił się z Polką. W rodzinie było siedmioro dzieci, mieszkali na ul. Głębokiej, mama pracowała jako nauczycielka, tato był kolejarzem. Kiedy sowieci wyrzucili ich z mieszkania w pierwszych miesiącach wojny, przygarnął ich "dziadunio", przyjaciel rodziny, który mieszkał sam w dużym mieszkaniu na ul. Potockiego (w tym mieszkaniu siostry Zappe mieszkają do dziś). W czasie okupacji matka wywiozła trzy najmłodsze córki, w tym Jadwigę - Wisię na wieś, do ciotki. Jadwiga bardzo tęskniła, więc rodzice zabrali ją wcześniej. Dwie pozostałe - Oleńka i Basia do domu już nie wróciły. Zostały zamordowane przez ukraińskich sąsiadów. Po wojnie siostry skończyły studia - Irena geologię i weterynarię, Jadwiga chemię. Dyplomu nie dostała, bo starsza siostra nie puściła jej, chorowitej na praktyki w głąb Syberii. 

- Irenka jest też znakomitym ludzkim lekarzem. Pamiętam jak któregoś razu ciężko zachorowałam, nie było jak wezwać lekarza, Irenka sama obejrzała mnie, zbadała, zmierzyła temperaturę i zdiagnozowała zapalenie płuc. Czyli penicylina. Dla krowy tyle, dla psa tyle... to dla ciebie będzie tyle! I wyleczyłą mnie. Lekarz potem oglądał i pochwalił. 

W czasach powojennych siostry czas wolny od pracy poświęcały dzieciom. Przychodziły dzieci znajomych, znajomych znajomych, same przyprowadzały koelgów... bywało, że w pokoju siedziało kilkadziesiąt osób. Pomagały im w lekcjach, ale przde wszystkim uczyły religii, historii Polski. Pani Wisia przyznaje, że sama była w szkole słaba z historii, wszystkiego musiała się nauczyć. Przygarniały sieroty, dzieci ulicy. Wychowywały na ludzi, na świadomych Polaków. Organizowały jasełka. Ile dzieci przwinęło się przez ich dom? Nikt nie wie. 

W 1976 roku ktoś donióśł, że u sióstr Zappe przewija się zbyt dużo osób, zaczęły się podejrzenia, śledztwo, doszukiwanie się śladów konspiracyjnej wywrotowej organizacji, wezwania do prokuratury, przesłuchania ich, dzieci. Dzieci jednak zgodnie zeznawały, że jedynie dopomagano im w lekcjach i w końcu KGB władze zostawiły siostry w spokoju. Jednak do tak licznych i zorganizowanych spotkań już nie wróciły. 

Niedawno obie zostały nagrodzone przez Polskę tytułem Kustosza Pamięci Narodowej.

Pani Jadwiga pytana o swoje wrażenia z podróży do Polski powiedziała:

- może i Polska jest tam, ale duch polskości to był u nas. Myśmy tu powszechnie o takich rzeczach rozmawiali, o których w Polsce bano się mówić nawet w wąskim gronie.

 

Wizyta bardzo ciekawa, opowieści z tamtych czasów we Lwowie wzbudzają we mnie zawsze dreszcz grozy pomieszany z podziwem. A obie panie to chodzące legendy. 

20:42, pani-z-warszawy , film
Link Komentarze (7) »