| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      



lwow.info on Facebook


Related Posts with Thumbnails

praca

środa, 05 sierpnia 2009

Zanim wybierzecie się na Ukrainę z psem, przemyślcie to dwa razy. Ludzie, których wczoraj oprowadzałam, przed przyjazdem dzwonili do ambasady ukraińskiej w Polsce, żeby się dowiedzieć, jakie dokumenty musi mieć pies, żeby przekroczyć granicę. Nikt nic nie wiedział, odesłali ich do służb garnicznych. Tam jednak nikt nie rozmawiał w żadnym innym języku oprócz ukraińskiego. Pani z ambasady okazała się miła i zadzwoniła sama, po czym oddzwoniła, że trzeba mieć paszport dla psa, z wypisanymi szczepieniami i ważnym badaniem weterynaryjnym.

Na granicy jednak okazało się inaczej... weterynarz stwierdził, że paszport jest tylko na Unię (nie, żeby puścił bez niego!), a trzeba mieć aktualne zaswiadczenie o stanie zdrowia psa, tylko nie w paszporcie, a na osobnej kartce. Po dłuższych pertrakctacjach zmienił zdanie i puścił. Przekraczanie granicy (bez kolejki!) zajęło 1,5 h.

Hotel Grand przyjął psa (nawet bez dodatkowej opłaty, co nie jest bez znaczenia, bo np. hotel Leopolis zażądałby za psa 20 euro!), trzeba było tylko wypełnić ankietę, w której m. in. były pytania o to, czy pies nie hałasuje, nie jest "agresorem" i "nie kusajetsia".

Gorzej było z restauracjami i kawiarniami. Nigdzie nie można wejść z psem (przepisy sanitarne), dotyczy to też ogródków! Kilka razy pytaliśmy i nam odmówiono, a nawet jeden pan powiedział, że pies kogoś pogryzie i on będzie odpowiadał. W tym samym czasie psa nastraszył rezydujący w knajpie... kot. W końcu przestaliśmy pytać, czy można, wchodziliśmy, pies siadał pod stołem i udało się zjeść.

Zwiedzanie odbywało się na zmianę - druga osoba dyżurowała na zewnątrz z psem. Tylko opera była w pojedynkę, bo kiedy wyszłyśmy i pani miała zamienić się z panem, to on zapytał " - Czy są tam złocenia i czerwone dywany?" "- Są". "- A, no to już takie coś widziałem". Opowiedział też, jak poszedł kiedyś na niezwykle ambitną współczeną operę, która trwała 4 godziny, a bilet kosztował 100 euro. Wyszedł w trakcie pierwszej przerwy "żeby sąsiadom nie przeszkadzało burczenie w moim brzuchu".

 

18:48, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 lipca 2009

Czyli wrażenia po ostatnich wycieczkach.

 

Wydawało by się, że po to, żeby opowiadać. A co jeśli grupa nie chce słuchać? Na przykład wsiadasz do autobusu, a tam wszyscy pijani. A pilot mówi "ja nie potrafię nad nimi zapanować". Pewnie, ze nie potrafi, bo pyta "a co byście chcieli teraz robić" - to jeden chce jeść, drugi pić, trzeci spać, a czwarty do kantoru. Albo idziemy coś zwiedzać, a część nie ma pieniędzy.. Bo nie wiedzieli, że trzeba. Albo mają, ale nie chcą wydawać, bo im żal (osiem złotych im żal). Część wchodzi, część zostaje, kiedy piersza część wychodzi, druga gdzieś się rozlazła. Albo stajemy koło kawiarni, i część osób słucha, a część zamawia piwo. Jedni chcą iść i zwiedzać dalej, a tamci chcą dopić piwo. I kto winny - przewodnik. "Bo pani nas zatrzymała koło kawiarni".

Niestety, na wycieczkach sprawdza się tylko dyktatura - "teraz robimy to i to", i tak nigdy się wszystkim nie dogodzi, ale mądry dyktator wsłucha się w głos ludu i zadowoli przynajmniej część.

"Po czasie wolnym spotykamy się na dalsze zwiedzanie" - przychodzą z siatkami załadowanymi wódką. "Bo pani nam nie powiedziała, że nie pójdziemy do autokaru". Przed każdym obiektem, w którym jest zakaz fotografowania, trzeba ostrzec dodatkowo, inaczej gwarantowane, że nikt nie zauważy znaczka. I jeszcze Ci się dostanie. "Prosżę powiedzeć grupie, żeby nie robili zdjęć". A raz nawet na mnie siostra w jednej cerkwi naskoczyła, że turystka weszła w krótkich spodenkach: "ma pani grzech!" Do mnie krzyknęła, że ja mam grzech.

Albo ostatnio w Ormiance (katedrze ormiańskiej) - to już było przegięcie - wchodzimy, tam wejście płatne. Podchodzę do tego ich kiosku, i mówię, że każdy płaci za siebie. "Jak to za siebie? A dlaczego nie zebrane? Tak na pewno ktoś nie zapłaci". Aż mnie zatkało, ale odpowiedziałam, że nieładnie tak od razu podejrzewać nieznajomych o nieuczciwość. "Ja nie podejrzewam, ja wiem, że ktoś nie zapłaci".

Punktualność też nie jest mocną stroną wszystkich. Umawiam się z grupą na 10.oo. Przyjeżdżają 10.4o. Z hotelu jest pół godziny drogi. Następnego dnia proszę, żeby uprzedzili, jeśli będą mieli opóźnienie. Nazajutrz czekam o 10.oo w umówionym miejscu. 10.15 - nie ma. 10.2o - nie ma. 10.3o przychodzi sms "już wyjechaliśmy". Albo taka propozycja: "umówmy się ok. 10-10.3o". Piszę, czy nie można by konkterneije, żeby nie czekałą pół godziny. Odpowiedzi brak. Przyjeżdżają o 11.oo. "Trzeba było uprzedzić, że się spóźnicie". "Ale zapomniałem pani numeru telefonu".

No, ponarzekałam sobie. Ale na ogół jednak jest sympatycznie. Mimo wszystko.

22:01, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 04 maja 2009

Przepraszam za ciszę w eterze. Majówka to ciężki okres. A tegoroczna była wyjątkowo ciężka. 

W piątek, 1 maja wieczorem jedna pani z wycieczki, którą oprowadzałam razem z Natalią (przyjechali w dwa autobusy) uległa wypadkowi - przy przechodzeniu przez jednie koło hotelu potrącił ja samochód. W stanie ciężkim zabrała ją karetka. Do 2. w nocy było jeżdżenie po szpitalach (najpierw nie wiedzieliśmy dokąd ja zabrali), nerwowe oczekiwanie na jakąkolwiek wiadomość z sali operacyjnej, dzwonienie do konsulatu, jej rodziny w Polsce itp. Potem lekarz powiedział nam, że ma złamany bark, który złożyli i uraz głowy. Jak poważny na razie nie wiedzą, poki jej stan się nie ustabilizuje. 

Z takimi informacjami ok. 3.oo poszliśmy spać. Rano wszyscy spotkali się w minorowych nastrojach. Odwołali imprezę, która miała być wieczorem. Na szczęście szybko przyszły pomyślne informacje - że wybudziła się z narkozy, rozmawia, siada, a nawet poprosiła o papierosa. Skończyło się tylko na złamaniu. Lekarze pozwolili na powrót do Polski (karetką - musi być jeszcze pod obserwacją). 

Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Impreza wieczorna się jednak odbyła, choć ja już na nią po tych przeżyciach nie miałam ochoty. 

21:25, pani-z-warszawy , praca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 kwietnia 2009

Spojrzałam do kalendarza, i rzeczywiście zapomniałam o jednej grupie, która była 4. kwietnia. 

Grupę tę poprosiłam uprzejmie drgą mailową:

> Prosze przeznaczyc 26 hr/os. na bilety wstepow do zwiedzanych
> obiektow, zeby uniknac zbierania pieniedzy od ludzi w trakcie
> wycieczki.


Myślicie, że zebrali? Przed każdym obiektem była 10-minutowa przerwa na zrzutkę. W dodatku pozamawiali bilety do Opery przez internet - za moim posrednictwem, każdy osobno, ma się rozumieć. 

21:24, pani-z-warszawy , praca
Link Dodaj komentarz »

 

Przy tej grupie naprawdę odpoczęłam. Ponad 50 osób, ale chętnie słuchających, aż miło takiej grupie coś opowiadać. Szybko zresztą złapaliśmy kontakt. Dochodzę do wniosku, że podstawą udanej wycieczki jest przekonanie, że przewodnik jest nie po to, żeby opowiadać i zrealizować jakiś program, ale po to, żeby grupa miło spędziła czas. Oczywiście czasem można połączyć obie rzeczy :)

Kiedy wychodziliśmy z katedry i czekałam na resztę grupy, zadzwonił telefon. Zuza, koleżanka-przewodniczka. "O czym tam opowiadałaś pod chórem, że się grupa tak śmiała? Stawiam kawę w zamian za tę opowieść". Zagadka dla tych, którzy dobrze znają Lwów: o czym można opowiadać pod chórem katedry rzymskokatolickiej, żeby grupa się śmiała? Odpowiedź wkrótce. 

Grupa ta miała też kolację z muzyką, grała kapela pana Zbyszka (Lwowska Fala? Wesoły Lwów? Nigdy nie pamiętam, jak się te kapele nazywają). Na koniec impreza się rozkręciła i nawet były tańce. Ja wyszłam ok. 23 bo - następnego dnia do pracy :)

Trzeciego dnia zwiedzaliśmy tylko pół dnia, do obiadu, i dla chętnych był bonus poobiedni. A dla mnie bonus od organizatora w postaci butelki cytrynówki własnego wyrobu, pięknego kubeczka na herbatę i pęku róż (nie herbacianych, czerwonych). 

20:02, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (1) »

Dwa lata temu była taka wycieczka, z Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie, która skończyła się przechodzeniem przez zamknięte (szklane) drzwi w hotelu. Z obopólną stratą - dla drzwi i dla wchodzącego. Podobno wyjazd ten był szeroko komentowany pod Jasną Górą, i oto - w dwa lata po tym wielkopomnym wydarzeniu studenci Akademii postanowili wyczyn powtórzyć (już bez drzwi). 

Przyjechali do hotelu o 10.oo, ale zwiedzanie rozpoczęło się o 14.oo. Po pierwsze z powodu rozlazłości grupy, która na każdą zbiórkę przychodziła z pewnym opóźnieniem, a pierwsze, czego potrzebowali we Lwowie to był czas wolny, a po drugie z powodu kierowcy, który nie wiedział, że musi mieć zieloną kartę. Kosztowało to, po dłuższych pertraktacjach z funkcjonariuszem drogówki, 200 zl. Przy okazji, jeśli ktoś się wybiera do nas samochodem bez zielonej karty, to oficjalnie mandat wynosi 425-870 hrywien. 

Drugiego dnia pojechaliśmy na zamki. Jako, że studenci byłi głównie z historii, to słuchali w miarę z zainteresowaniem (poprzedniego dnia było ciężko). W Złoczowie tradycyjnie uprzedziłam, że wiele nie powiem na temat ekspozycji, bo mają zwyczaj zmieniać ją bez uprzedzenia... i rzeczywiście. W sali kredensowej pojawiła się m. in. mała galeria rodzinna Sobieskich, największą furorę zrobił "Sobieski na kucyku", bo tak turyści ochrzcili konny portret króla niewiadomego mistrza. 

Kiedy już mieliśmy wracać, okazało się, że część osób chce iść na zakupy we Lwowie, a częśc dalej zwiedzać. Pierwsza grupa w mało demokratyczny sposób została przegłosowana, z tym, że... zadecydowano o dodatkowym zwiedzeniu Białego Kamienia. Przekonała ich dopiero informacja z przewodnika, że "przed 1939 r. istniały tu jeszcze ruiny zamku". Zaproponowalam w zamian Uniów, i wszyscy byli zadowoleni. Popili wody z cudownego źródełka, wymyślili, że na pewno pomaga ona na porost włosów. W Uniowie było przepięknie. Może więcej wycieczek powinno tu zaglądać, to tylko 10 km w bok od trasy?  

Trzeciego dnia opiekunowie naukowi wycieczki, dwóch doktorów filozofii, postanowili wzbogacić przeżycia młodzieży, umawiając spotkanie z profesorem filozofii z Politechniki Lwowskiej. Do spotkania doszło, jednak wtedy okazało się, że ani oni, a ni on nie mają pomysłu na to, co dalej. Póki dyskutowali, młodzież się rozeszła, zostało tylko kilka najwytrwalszych osób. Ostatecznie wylądowaliśmy na piwie w Kabinecie. Profesor okazał się bardzo ciekawym człowiekiem, z tym, że poza dwoma doktorami nie miał raczej partnerów do dyskusji. Rozmawiali o szkole lwowsko-warszawskiej. Powiedział kilka ciekawych rzeczy, m. in. to, że szkoła wyrosła na podłożu patriotycznym - jej twórcy specjalnie wybrali te zagadnienia, które rokowały największy sukces, ponieważ nadrzędnym celem było rozsławienie polskiej nauki w świecie. Powiedział też, że znał "syna znajomego matki Banacha" - co jest o tyle ciekawe, że nie wiemy, kim była matka Banacha. Sam Banach nie wiedział. Natomiast "znajomy" pochodził ze sfer arystokratycznych i sugerował, że takie było i pochodzenie Banacha. 

Dwóch doktorów to też osobna historia. Jako, ze siedzieli tuż za mną w autobusie, a poza nim chodzili w pierwszej parze, to slyszałam zza pleców takie kwestie jak "no i jakimi drogami powinna podążać współczesna tożsamość europejska" a zaraz potem "jeśli rów jest suchy i czysty, to nie widzę powodu, żeby się w nim nie przespać". Albo "Spotkanie z profesorem to była nasza wspólna inicjatywa" - "Inicjatywa inicjatywą, ale łazić z profesorem łaź sam". "A może profesor by coś opowiedział o na temat osiągnięć Ukrainy w obróbce skrawaniem, to historia, to wszystkich powinno zainteresować". Jedna ze studentek myślała, że będzie czas wolny, na co doktor odparł: "będzie czas wolny, ale w towarzystwie profesora". 

19:40, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (3) »

Zaniedbałam trochę swoje sprawozdania z pracy (z wycieczek), więc już nie jestem pewna, czy to rzeczywiście 128 grupa, muszę sprawdzić wszystko z kalendarzem. Fakt, ze była to pierwsza "prawdziwa" wycieczka w tym roku - kilkudniowa, z noclegiem, z wyjazdem za miasto, z imprezą przy dźwiękach kapeli lwowskiej. I od razu wymagająca, bo nie ma nic gorszego, niż oprowadzać przewodników. Nauczyciele się nie umywają. 

Wrażenie zrobiłam nienajlepsze - na początku, bo jak mi się potem przyznała jedna pani, jak weszłam do autobusu i przedstawiłam się, pomyślała "i co nam ta siksa może powiedzieć". Potem jednak przepraszała :) I wycieczka wyjechała zadowolona, a nawet skomplementowali mnie, że jestem doskonalym przykładem jeśli chodzi o metodykę prowadzenia grupy. Dosyć chwalenia się. 

Dla przeciwwagi się przyznam, że choć była to grupa z Kętrzyna, nie miałam nic ciekawego do powiedzenia o Kętrzyńskim, i mało tego - ukryłam ten fakt, dokonując chwilowej zamiany ról przy pomniku Kętrzyńskiego na cmentarzu, i sama posłuchałam, bo jak się okazało wśród uczestników był znawca tej postaci i inicjator odnowienia jego pomnika, więc lepiej nie mogłam trafić. 

Przy okazji nauczyłam się także innej ciekawej rzeczy - jeden z uczestników wycieczki miał ze sobą zeszycik, przecięty na pół zwykły 16-to czy 32-kartkowy zeszyt szkolny. Wklejał do niego na bieżąco pamiątki z wycieczki - bilety wstępu, reklamy, itp., co się tylko dało zebrać po drodze. Zeszycik, który miał ze sobą we Lwowie był już... 70-tym w jego kolekcji! nie powiem, bardzo mi to zaimponowało. 

18:58, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 kwietnia 2009

Wśród lwowskich przewodników zawrzało jak w ulu. Gdzie się tylko nie obejrzeć, kogo nie spotkać, temat jest jeden: sprawdzają. Nasze władze przed majówką wytoczyły ciężkie działa. Dwóch czarno ubranych panów zachodzi przewodników od tylu, sprawdzają licencje, dokumenty. Strach pomyśleć, co będzie na majówkę.

Aby legalnie oprowadzać wycieczki po Lwowie, trzeba przejść sporo szczebli wtajemniczenia. Najpierw kurs przewodników (cztery egzaminy), potem egzamin przed komisją akredytacyjną Rady Obwodowej, potem w Wydziale Turystyki Rady Miasta otrzymuje się identyfikator. Aby otrzymać licencję i identyfikator trzeba mieć działalność gospodarczą albo stałą umowę z firmą turystyczną i "skierowanie" na każdą wycieczkę. Innych form zatrudnienia, jak na przykład umowa-zlecenie, nie przewidziano. Ani wolontariatu. 

Zrobił się niezły popłoch, bo nie wszyscy mają już skompletowane wszystkie dokumenty (identyfikatory wydają od jesieni), a wiele osób, które miały podpisane umowy z firmami, faktycznie pracowały na własną rękę i nie miały żadnych skierowań. Wiele osób się wystraszyło kontroli, bo choć na razie nikt mandatów żadnych nie nakłada (ja przynajmniej nie słyszałam), to żadna przyjemność tłumaczyć się w obecności grupy turystów. A tu już terminy pozamawiane, majówka się zbliża, i jak tu odmówić? 

Przestraszyli się też polscy piloci, którzy oprowadzali po Lwowie. Przynajmniej niektórzy. Pierwszy raz w życiu firmy, dla których pracowali, zaczęły się rozglądać za miejscowymi przewodnikami. A tych i tak zawsze było za mało, a przy obecnym zamieszaniu zrobiło się jeszcze jakby mniej. 

 

Wiele plotek, które do mnie doszły, wskazywało by na to, że nowe uregulowania są skierowane w dużej mierze na ochronę miejscowych firm turystycznych. Przewodników pracujących na własną rekę wypytują, czemu nie współpracują z firmami, i niby jakie to straty te firmy przez nich ponoszą. Sprawdzają "skierowania" na wycieczki. Skończy się na tym, że wszyscy będą zakładać własną działalność, żeby mieć spokój i nie tłumaczyć się za każdym razem, skąd wzięła się wycieczka. 

 

Ciekawe, co będzie dalej? 

23:54, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 lutego 2009

Taka mi się trafiła rodzynka - wycieczka w środku zimy. Grupa studentów z Politechniki Białostockiej. 

Napracowałam się. Ponad 10 godzin z czego przecież dużo na dworze, a lekki mrozik jest. No i wyszłam z formy, co tu ukrywać. Inna sprawa, ze jak jest tak zimno, to się więcej zwiedza, bo nikomu się nie chce tak długo stać i słuchać, więc szybko, od jednego zabytku, do drugiego, więcej trochę anegdotek, żeby się pośmiać, i rozgrzać przy okazji. A jeszcze ich odwieźć trzeba było.

Stoimy już pod autobusem, a tu podchodzi do nas jakiś lolek, i pyta, kto jest przewodnikiem. Bo on jest z firmy X. i tutaj na zamowienie rady miejskiej przeprowadza badania socjologiczne wśród turystów, czy są zadowoleni z wizyty w naszym  mieście. Ankieta na 6 czy 8 stron. I kubeczek w nagrodę. Miał szczęście, że to byli studenci turystyki, i że pani z uczelni, która z nimi była, zainteresowała się tą ankietą, więc wypełnili. Po wypełnieniu jednak okazało się, że zabrakło mu dwóch kubeczków. Powiedział, żebyśmy jechali do Opery, a on pobiegnie po nie, i nam doniesie. I rzeczywiście pobiegł. W pantoflach i z teczką. Studenci się śmiali, że ten pan będzie reprezentował Ukrainę w lekkiej atletyce na najbliższej olimpiadzie. Rzeczywiście był szybki, daliśmy mu trochę fory, był wcześniej od nas. Dla mnie też przyniósł. Biedak, do 2.III musi skompletować 150 ankiet od polskich turystów, ale to jeszcze nic - także 150 od niemieckich! Tylu, to nie wiem, czy w rok by nazbierał...   

20:07, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 lutego 2009

"Witam
Ze względu na kryzys w naszm kraju - rezygnuje z zamówienia przewodnika po Lwowie i okolicach.
Bardzo mi przykro".

 

A mówią, że to na Ukrainie jest źle...  

20:26, pani-z-warszawy , praca
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2