| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    



lwow.info on Facebook


Related Posts with Thumbnails
poniedziałek, 06 kwietnia 2009

Niedziela Plamowa na Ukrainie ma to do siebie, że zazwyczaj jest to dzień jak każdy inny (jeśli święta się nie pokrywają) i nawet człowiek się dziwi, że to już, że tak szybko. Ja też się zdziwiłam, że w sobotę sprzedawali pod katedrą palemki - nie za wcześnie? A nie. Już. 

Po drugie, jak człowiek idzie z tą palemką z kościoła, to od razu widać, że Polak. To oczywiście w uproszczeniu, bo nie każdy rzymski katolik to Polak, ale pewnie jednak większość. Więc tego dnia mijając ludzi na ulicy wie się. Można się nawet uśmiechać w niemym geście porozumienia. 

My z Martą tym razem poszłyśmy do innego niż zwykle kościoła. Zawsze chodzimy do św. Antoniego, na mszę dla dzieci. To jest malutki, kameralny kościółek, wiele ludzi zna się osobiście, a ksiądz podczas kazania zwraca się do dzieci po imieniu. Młodzież gra na gitarach, ogólnie bardzo sympatyczna atmosfera. Czuje się przynalezność do wspólnoty. 

Koło szkoły jest kościół św. Marii Magdaleny, który za czasów radzieckich służył za salę koncertów organowych... i tak zostało. Ławki mają przekładane oparcia, żeby w zależności od potrzeby można było siedzieć przodem albo... tyłem do ołtarza. Przy wejściu kasa biletowa. Stosunki między dyrekcją sali organowej a parafią są, delikatnie mówiąc, napięte, a jakiś czas temu konflikt zaostrzył się na tyle, że parafianie urządzili głodówkę w obronie kościoła. W niedziele jest tu tylko jedna msza - o 10.oo. Siostry z Marii Magdaleny prowadzą religię w szkole Marty, i tu też będzie I. Komunia, dlatego zmieniliśmy parafię.

Ludzi na mszy było bardzo dużo. Nawet sobie pomyślałam, że nie przypuszczałam, że tyle nas jest. Też takie miejsce, gdzie można spotkać wielu znajomych. Spotkałam między innymi Beatę, i Irenę. Rozmawiałyśmy chwilę przed rozpoczęciem mszy, i Beata od razu Irenę ostrzegła: "nic jej nie opowiadaj, bo Cie potem na blogu opisze". Trzeba było jej zrobić zdjęcie za tę złośliwość i opublikować. Tymczasem... no cóż... zwykłe obrazki z palmowej niedzieli... 

 

18:30, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (12) »
sobota, 04 kwietnia 2009

Kolejnym punktem naszej podróży był Żwaniec. 

Miejscowość znana już za Jagiełły. I zamek wydaje się, kiedyś był większy.

   

Bardziej intrygujący był obiekt znajdujący się nieopodal ruin:

 

To pozostałości po budowanej w latach 30-stych wzdłuż granicy radzieckiej linii umocnień, zwanej linią Stalina.  Linia ta sięgała od Finlandii do Rumunii, kilka tysięcy km. długości. Składała się ona z tzw. rejonów umocnionych, z których każdy "miał własne dowództwo i sztab, od dwóch do ośmiu batalionów cekaemów , jeden pułk artyleryjski , kilka wydzielonych bateri artylerii ciężkiej, jeden batalion pancerny, kompanię lub batalion łączności, batalion inżynieryjno-saperski i inne pododdziały. Rejon umocniony rozciągał sie na długości od 100 do 180 kilometrów frontu i 30 do 50 kilometrów głębokości. Był wyposażony w skomplikowany system żelbetonowych i pancernych schronów bojowych i umnocnień zabezpieczających. Wewnątrz "UR" budowano podziemne magazyny, elektrownie, szpitale, stanowiska dowodzenia i węzły łaczności. Podziemne budowle łączył labirynt tuneli, galerii, ukrytych połączeń. Każdy "UR" mógł prowadzić samodzielnie działania bojowe nawet w stanie całkowitej izolacji" (źródło).

Najciekawsze, że w 1939 sowieci tak szybko poszli na zachód i ustanowili nowe granice ZSRR, że pieczołowicie przygotowywana linia obronna znalazła się wewnątrz kraju i nie odegrała żadnej roli podczas wojny.  

 

W Żwańcu znajduje się też dawny kościół ormiański, wyglądało, że w dobrym stanie, ale nie było okazji zobaczyć go z bliska.  

21:14, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (2) »

Z Chocimia pojechaliśmy do Okopów św. Trójcy (teraz: Okopy). gdzie pozostały resztki warowni wzniesionej w ciekawych okolicznościach i pięknym miejscu - na skalistym cyplu u ujścia Zbrucza do Dniestru. W okresie międzywojennym był to najdalej na wschód wysunięty fragment Polski, tu zbiegały się granice: polska, radziecka i rumuńska. 

.Okopy Trójcy Świętej.  

Od 1672 r. Kamieniec Podolski, twierdza nie do zdobycia była w rękach tureckich. W tym samym roku król Michał Korybut Wiśniowiecki podpisał hańbiący traktat w Buczaczu, oddając Podole Turkom. Jan, wtedy jeszcze nie III, Sobieski, nie godzac się a taką polityką królweską, wziął sprawy w swoje ręce i aktywnie działał przeciwko Turkom, odbijając z ich rąk Chocim (patrz poprzednia notka), a potem koncentrując wojska na Podolu i blokując Kamieniec. Politykę tę kontynuował jako król Polski. 

Twierdza w Okopach powstała w kilka tygodni w r. 1692, pod ciągłym ostrzałem tureckim. Warownia wzniesiona została w stylu nowoholenderskim, możliwe że przy udziale architekta Tylmana z Gameren. Odegrała ona jeszcze pewną rolę podczas konfederacji barskiej, żeby potem stopniowo popadać w ruinę i zapomnienie. Do dziś zachowały się dwie bramy - Kamieniecka i Lwowska oraz ruiny baszty. W tym samym okresie nieopodal warowni król ufundował kościół, który dotrwał do naszych czasów także jako ruina. 

Okopy św. Trójscy są miejscem wydarzeń opisanych przez Krasińskiego w Nie-boskiej komedii.  

Zbrucz
Dniestr
podolski krajobraz  

 

 

17:37, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (5) »
piątek, 03 kwietnia 2009

Tak nagle przyszła. 


 
wiosenne porządki
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
było lodowisko, będą kawiarenki
 
 

20:05, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 kwietnia 2009

Bardzo przepraszam wszystkich, którzy wchodzili na mojego bloga w  ciągu ostatnich dwóch tygodni w poszukiwaniu nowych notek i rozczarowywali się za każdym razem... 

 


Następny dzień nie był ani trochę ulgowy. O 8.oo śniadanie, potem wyjazd do Chocimia. Kiedy wstaliśmy, padał gęsty śnieg. W Chocimiu było już bezśnieżnie, ale mocno wiało. 

 

.Chocim

Chocim, jako że leży już po południowej stronie Dniestru, w historycznej Besarabii był twierdzą graniczną, należącą w różnych okresach to do Polski, to do Mołdawii, to do Turcji. 

Do historii Chocim przeszedł jako miejsce dwóch ważnych dla Polski bitew:

2 IX - 9 X 1621 r. Stoczona rok wcześniej bitwa pod Cecorą, w której zginął hetmen wielki koronny Stanisław Żółkiewski, a znakomity dowódca Stanisław Koniecpolski dostał się do tureckiej niewoli uświadomiła Rzeczopospolitej jak realne jest zagrożenie tureckie. Rozpoczęsto zbieranie wojsk na Podolu, jednak bitwa miała się odbyć poza granicą Rzeczpospolitej. Wojska przeprawiły się przed Dniestr i zajęły twierdzę w Chocimiu. Oddziały polskie, na czele których stał Jan Karol Chodkiewicz wspomagały liczne oddziały kozackie pod dowództwem Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego, razem ok. 46-50 tys., wojsk turecko-tatarskich było ok. 100-120 tys. Chodkiewicz był pdczas bitwy mocno podupadły na zdrowiu, ale swoją postawą dawał przykład wojsku i zagrzewał do walki, mówiąc, że "ilu Turków naprawdę jest policzy się szablą". Wkrótce hetman zmarł w obozie, nie doczekawszy rozstrzygnięcia bitwy. Wobec zbliżającej się zimy i słabnących sił po obu stronach, zawarto pokój honorowy dla obu stron. Granicę rzeczpospolitej ustalono na Dniestrze, Młdawia pozostawała pod zwierzchnością Polski, a obie strony zobowiązywały się do wstrzymania najazdów. 

 

Franciszek Smuglewicz: Śmierć hetmana Chodkiewicza w obozie pod Chocimiem; źródło: Wikipedia

 

Druga bitwa rozegrała się 11 XI 1673 r. Bitwa uważana za odwet za podpisany rok wcześniej przez króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego haniebny dla Rzeczpospolitej pokój w Buczaczu, w wyniku którego Polska stała się lennikiem Turcji i utraciła na jej rzecz Podole. Wojska polskie, liczące ok. 30 tys. żołnierzy pod dowództwem Jana Sobieskiego, po kilkudniowym oblężeniu zdobyły twierdzę w Chocimiu. Turcy ponieśli ogromne straty, z 35-tysięcznej armii uratowało się zaledwie kilka tysięcy, podczas ucieczki w stronę Kamieńca pod uciekającymi załamał się uszkodzony most na Dniestrze. Polacy zdobyli dobrze zaopatrzoną twierdzę. Mimo, iż nie udało się odebrać Turkom zajętego przez nich Kamieńca Podolskiego, był to ważny krok w tym kierunku i zwycięstwo, które przyniosło Janowi Sobieskiemu koronę króla Polski. 

 

17:58, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 marca 2009

Trembowlę opuściliśmy ok. 18.15 i udaliśmy się do wsi Krzywcze, nieopodal której znajduje się Jaskinia Kryształowa, Jest to jaskinia o długości ponad 20 km, z czego 2,5 km udostępniane jest zwiedzającym. W środku jest oświetlenie elektryczne, wchodzi się z przewodnikiem, można podziwiać fantazyjne formy skalne z gipsów i alabastru.

Ja zdecydowałam, że zostaję w autobusie. Byłam przeziębiona i zbyt zmęczona na takie nocne wycieczki (dochodziła 19.00), a Wania zapowiedział, że wycieczka potrwa ok. 1,5 h. Kilka innych osób też zostało. Początkowo trochę pluliśmy sobie w brodę (każdy po cichu), że takie z nas lenie... ale po upływie 1,5 h, kiedy tamtych wciąż nie było widać, nie żałowaliśmy już swojej decyzji. Po 2 godzinach zaczęliśmy się niepokoić. Dzwoniliśmy do tamtych, ale ich telefony albo nie miały zasięgu, albo odzywały się w autobusie. Dodzwoniliśmy się w końcu po 2,5 h od ich wyjścia - dopiero wyszli z pieczary! A do autobusu było jeszcze ok. pół godziny drogi w ciemności, przez błoto i kałuże. W końcu usłyszeliśmy we wsi psy. - Pewnie idą, bo psy szczekają... chyba, że to oni tak szczekają... wyją... Krzywcze opuścilimy przed 22.oo. Do Kamieńca pozostała około godzina drogi. 

O 23.oo dotarliśmy do Kamieńca Podolskiego. Zakwaterowanie było w hotelu "7dni", niedawno wyremontowanym gmachu z lat 70-tych dawnego hotelu Smotrycz. Rzeczywiście, warunki bardzo dobre, pokje małe, ale czyste, łózka wygodne, świetnie rozplanowana restauracja. Kolacja była bardzo symboliczna, i bez napojów - Europa, panie. Z wyższych pięter roztaczał się piękny widok na stare miast i zamek. To oczywiście okazało się dopiero potem, bo tego dnia byliśmy wszyscy zbyt zmęczeni, żeby wyglądać za okno. Okazało się także, że serwis hotelowy nie nadąża za jego standardem, procedura zakwaterowania ciągnęła sie długo, chaotycznie i z wypełnianiem niepotrzebnych druczków i formularzy. Podbnie w restauracji - kelnerzy krążyli zagubieni między stolikami nie wiedząc, komu i co mają zanieść.

Poszliśmy spać po północy.  

 

 

 

14:42, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (7) »

.Trembowla

Ok. 16.15 przyjechaliśmy do Trembowli. W pierwszej kolejności nasz przewodnik, jak zrozumiałam, miejscowy archeolog, zabrał nas na zamek. 

Trembowla to bardzo stara osada, wzmiankowana jeszcze za czasów Rusi Kijowskiej jako ważny gród i stolica udzielnego księstwa. Nazwa pochodzi staroruskiego terebyty, co oznacza tyle co "trzebić". Trembowla nie miała szczęścia o tyle, że znajdowała się na jednym z głównych szlaków najazdów tatarskich i często była przez nich nękana. Zamek wsławił się bohaterską obroną w czasie wojny 1672-76 r., kiedy do walki zagrzewała sama żona właściciela zamku, Anna Dorota Chrzanowska. "To, że załoga wytrzymała na posterunku było w dużym stopniu zasługą żony komendanta Jana Samuela Chrzanowskiego, która zagrzewała ducha bojowego i miała nawet z szablą w dłoni uczestniczyć w wypadach na wroga. Nosiła ze sobą dwa noże i groziła mężowi, że jednym zabije jego, a drugim siebie, jeśli zdecyduje się on poddać zamek".

 

Leopold Löffler, Anna Dorota Chrzanowska na zamku w Trembowli    / źródło: Wikipedia 

 

Przyznaję, że potem już nie sluchałm, bo zrobiło mi się zimno i zeszłyśmy z Inną na dół poplotkować i poobserwować leniwe trembowlańskie życie z perspektywy podzamkowego skwerku.

 

W Trembowli zwiedzaliśmy także pozostałości po założonym tu w 1635 r. klasztorze karmelitów - obecnie kościół o wybitnie obronnym charakterze służy jako cerkiew.

13:24, pani-z-warszawy , miejsca
Link Dodaj komentarz »

.Podkamień 

Ok. godz. 13.oo - przyjazd do Podkamienia. O samej miejscowości i klasztorze już kiedyś pisałam. Autobus nie mógł podjechać pod samą górę, trzeba było więc kawałek podejść po mokrym śniegu. Tym razem, (czego nie uczyniliśmy kiedy byliśmy tu z Wasylem) weszliśmy do trzech świątyń - do wnętrza samego kościoła, który jest w remoncie, a w którym zachowały się resztki XVIII-w. dekoracji i fresków oraz w dwóch cerkwiach urządzonych tu w ostatnich latach przez studytów: cerkwi ścięcia św. Jana Chrziciela oraz cerkwi Nie Opłakuj Mnie Matko.

W części dawnych pomieszczeń klasztornych znajduje się nadal szpital dla chorych psychicznie kobiet. Przygladały się nam przez okno, aż ciarki przechodziły.   

Z ciekawych rzeczy powiedział nam jeszcze nasz przewodnik, że nie ma żadnych dowodow na to, że klasztor dominikański był tu przed 1240 r., jak podają poslkie wydawnictwa, raczej nalezy uznać to za legendę. Na terenie klasztoru znajduje się - w tej chwili zasypana, ale oczyszczają ją - studnia o głębokości 120 m. 

 

12:56, pani-z-warszawy , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 marca 2009

W związku z odbywającym się w zeszłym tygodniu seminarium dla przewodników życie tak nabrało tempa, że nie zdążyłam wszystkiego opisać. Seminarium zakończyło się trzydniowym wyjazdem na Podole. Relację stopniowo postaram się zamieścić.

 

Ze Lwowa wyjechaliśmy równo 7.15. w kierunku wschodnim, trasą kijowską.  Nie zatrzymując się nigdzie po drodze oprócz stacji benzynowej (wc) ok. 9.15 rozpoczęliśmy zwiedzanie Brodów. 

.Brody

Dawne miasto powiatowe na granicy austriacko-rosyjskiej, na uczęszczanym szlaku handlowym na Wołyń. Brody miały status wolnego miasta handlowego, a ok. 80% mieszkańców stanowili Żydzi.  Historia miasta sięga jednak dużo dalej w przeszłość, pierwsza wzmianka pochodzi z XI w. Później miasto było własnością m. in. Stanisława Żółkiewskiego, ojca hetmana. Za jego czasów (kon. XVI w.) Brody otrzymują prawa miejskie, powstaje parafia katolicka i zamek. 

Póżniej Brody były własnością i główną rezydencją hetmana Stanisława Koniecpolskiego, jednego z najwybitniejszych dowódców wojskowych XVII-w. Rzeczpospolitej, pana ogromnych posiadłości, zwanego wicekrólem Ukrainy. "Mówiono, iż miał tak wiele dóbr ziemskich, że mógł przejechać całą Rzeczpospolitą zatrzymując się na noc we własnych latyfundiach". To on rozpoczął w Warszawie budowę pałacu, w którym rezyduje teraz prezydent. W pobliskich Podhorcach miał letnią rezydencję, która nie ustępuje urodą zamkom nad Loarą. 

Koniecpolski rozumiejąc zagrożenie tatarskie przemienił Brody w jedną z najnowocześniejszych i najsilniejszych twierdz Rzeczypospolitej. Przebudował zamek na cytadelę, otaczając go fortyfikacjami w stylu nowoholenderskim. Prace prowadzili znakomici zachodni specjaliści - architekt królewski Andrea dle'Aqua oraz inżynier Guilliame do Beauplan. 

Dbając o rozwój gospodarczy, Koniecpolski osiedlił w Brodach Ormian i Żydów. Działała tu manufaktura tkanin wschodnich, oraz, specjalnie na jej potrzeby stworzona hodowla jedwabników.  

W XVII, a jeszcze bardziej w XIX w. Brody stały się ważnym ośrodkiem życia religijnego i społecznego Żydów. Zdominowali oni miasto, tworząc "żydowską stolicę". Kres żydowskiej społeczności Brodów przyniosła II wojna światowa.  

Z Brodów wywodzi się trzech słynnych Józefów: Joseph Roth, pisarz austriacki żydowskiego pochdzenia, Józef Korzeniowski, pisarz i wykładowca m. in. Liceum Krzemienieckiego, współorganizator Uniwersytetu Warszawskiego oraz rodzina Josifa Brodskiego, rosyjskiego poety i dysydenta, laureata nagrody Nobla. 

 

budynek sądu powiatowego 

 

szkoła, w której uczył się Joseph Roth 

 

dawny Bank Praski 

 

wieża zegarowa na Rynku Nowego Miasta

 

pozostałości zamku 

 

zamek - kazamaty 

 

pałac Potockich na terenie zamku 

 

ruiny synagogi

 

 

W Brodach wyjątkowo rzuca się w oczy ich małomiasteczkowość. Na słupach ogłoszeniowych "sprzadam mieszkanie na 5 piętrze" zaraz obok "sprzedam cielną krowę" i "praca za granicą". I rowery. Pełno ich w mieście. Nasza wycieczka wzbudzała też nie lada zainteresowanie u miejscowych, którzy przystawali, zatrzymywali swoje rowery i z zaciekawieniem przysłuchiwali się przewodnikowi, wyglądali z okien. Na bazarze mieli już nadzieję zarobić na nas "kilka euro", zanim z żalem nie zauważyli, że "aaa... to nasi". Przyjeżdżają tu rzadko wycieczki austriackie i cześciej Żydzi poszukujący rodzinnych korzeni. 

 

 

 

 

"pryriżky na wsi smaky" 

 

cebula - hurt 

 

Oksana tęskni za prowansją 

 

szara rzeczywistość 

19:42, pani-z-warszawy , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 marca 2009

Wypowiadało się dziś jeszcze dwóch panów, o których warto wspomnieć. Jeden z nich jest deputwoanym Rady Miejskiej, nazywa się Rostysław Nowożeniec. Miał chyba mówić o strategiach rozwoju turystyki we Lwowie, dokladnie nie wiem, w każdym razie mówił zupełnie nie na temat. O tym, jak to wydaje się ulotki i buklety turystyczne w języku niepaństwowym, w tym samym języku jest obsługa w biurach turystycznych, że będą wyciągane konsekwencje, że turystyka ma służyć wychowaniu patriotycznemu obywateli, że nie potrafimy (znaczy oni, Ukraińcy) docenić swojego, a można by przecież brać przykład z Polaków, którzy pielgrzymują do ważnych dla swojej pamięci miejsc i tworzą unikalny związek kosmiczny ze swoimi przodkami, kładą znicze z biało-czerwonymi wstążkami na Cmentarzu Łyczakowskim ("inna sprawa, że nikt nie wie, co się mówi tym polskim wycieczkom, jak się tam przeinacza historię i opluwa Ukrainę, zwłaszcza na Cmentarzu Orląt"). Przecież tuż pod nosem, za samą granicą mamy etniczne ukraińskie ziemie - Podlasie, Chełmszczyznę, Łemkowszczyznę. I znów, bierzmy przyklad z Polakow, ktorzy w każdy weekend masowo jeżdżą w te piekne regiony - tu rozwinął mapkę "cerkwie greckokatolickie w południowo-wschodniej Polsce" ("oni oczywiście nie napiszą, ze to ukraińskie cerkwie"). Miał ze sobą też przewodnik po Łemkowszczyźnie wydawnictwa "Bezdroża". To nie koniec jednak!

Praga (Czeska) - to przecież pradawne ukraińskie Porohy! Lipsk i Bukareszt zostały założone przez Ukraińców! Kraków, okupowany przez Polaków był do 990 r. ukraiński, na Wawelu są fundamenty ukraińskiej cerkwi, tylko czy o tym wspomni polski przewodnik, tym bardziej, ze dopiero od tego roku można się doprosić o oprowadzanie po ukraińsku?

Żeby przerwać mu te wywody, ktoś spytał, jak jest z naszym prawem do oprowadzania po Żółkwi.

W odpowiedzi usłyszeliśmy, że kiedy ukraiński turysta przyjeżdza do Paryża, musi zwiedzać miejsca związane z rosyjska Białą Emigracją, choć tam pochowany jest Petlura! Już o innych nie wspominając. 

 

Drugim mówcą był Mykoła Siergiejew. Jak sam stwierdził na wstępie, słuchacze mają prawo wiedzieć, z kim mają przyjemność (?), więc przedstawił się, jako urodzonego w Rosji, z wyksztalcenia wojskowego filozofa-historyka sztuki. Praktykował też jako artysta. Sześć lat mieszkał w Chinach. Teraz wykłada w Akademii Komercyjnej. 

Miał mowić o problemach ukraińskiej identyfikacji kulturowej. Rozpoczął od kultury aryjskiej, trochę wtrącał o Hunach, Gotach i Sarmatach, potem wysnuł tezę, ze kultura ukraińska jest kulturą kobiecą, jak każda rolnicza, i tak od nitki do kłębka doszedł do jeszcze ciekawszych wniosków, mianowicie, że określenie "Rus, Urus" jest najczęściej spotykanym w Biblii, poza określeniami narodu żydowskiego; oczywiście chodzi tu o Rusinów. Kto nie wierzy, może otworzyć Biblię i samemu się przekonać. Potem trochę zgubiłam wątek, bo nie wiem, skąd Ci Rusini sie wzięli w Galilei, w każdym razie stamtąd wywędrowali na obecnie zajmowane ziemie i stąd też nazwa Galicja (od Galilei, jakby ktoś jeszcze nie zrozumiał). Jezus był opisywany przez Piłata w liście do Rzymu jako "chudy, mocno zbudowany, o jasnych włosach i oczach, budzący sympatię". Jakby komus tego było nie dość, to na koniec był gwóźdź programu: ostatnie słowa wypowiedziane przez Chrystusa na krzyżu nie brzmiały eli lama sabachtani. Nastąpiła pomyłka, w rzeczywistości zdanie to brzmiało nieco inaczej (to powiedział coś jakby po starosłowiańsku, niestety nie powtórzę). Dziękuję, koniec wykładu, czy są pytania. 

I tu pani Hala nie wytrzymała. Wstała i powiedziała, że ma szczęście, że ma do czynienia z inteligentną publiką, która nie przyjmie jego słów poważnie. Ale że pan takie wykłady daje studentom! To straszne! Od razu się dołączyli inni: za kogo nas pan ma?! Pan sam ośmiesza nasz naród, wygadując takie brednie! Każdy z nas mógl wyjśc w trakcie, tylko z grzeczności nie zrobił tego, a co ma zrobić student, od którego wymaga pan jeszcze tej "wiedzy" na egzaminie?! 

Pan tak i nie zrozumiał, czego od niego chcieli. Przecież powoływał się na literaturę, nie wymyślił tego sam...?

 

Luba potem nas przepraszała, że słyszeli inny jego wykład, o Rusi Kijowskiej i był całkiem ciekawy. A tu taki kwiatek :)

22:59, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (6) »