| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      



lwow.info on Facebook


Related Posts with Thumbnails
wtorek, 28 kwietnia 2009

Jakiś czas temu zadzwonił do mnie niejaki pan Mirek (pan-z-warszawy, hi hi) z zamiarem zwerbowania mnie do gazety. Zamiar się udał, a przy okazji wypiliśmy herbatę i sympatycznie porozmawialiśmy. Dopiero jak zamknęły się za mną drzwi redakcji, to się przestraszyłam. Przecież ja nie mam nic ciekawego do powiedzenia, a co dopiero do napisania, w gazecie!

Wymęczyłam jednak felieton. Oddzwonili z redakcji, że bardzo fajny. Mile połechtało ambicję. Przyjemnie było zobaczyć swoje zdjęcie w gazecie.

Ale to jeszcze nie wszystko. Felieton wysłałam bez tytułu. Kilka dni później wysiadam z grupą turystów pod Cmentarzem Łyczakowskim, gdzie już czekał Pan Gazetka, sprzedający rodakom polskojęzyczną prasę. Zadowolony podszedł do nas i wywijając gazetą spytał: - to pani? Na ostatniej stronie moje zdjęcie i tytuł... "Mój pierwszy raz". Nie powiem, gazeta miała wzięcie, ale ostatecznie moi turyści byli jednak rozczarowani - myśleli, że to dodatek erotyczny

 

21:36, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (5) »

Spojrzałam do kalendarza, i rzeczywiście zapomniałam o jednej grupie, która była 4. kwietnia. 

Grupę tę poprosiłam uprzejmie drgą mailową:

> Prosze przeznaczyc 26 hr/os. na bilety wstepow do zwiedzanych
> obiektow, zeby uniknac zbierania pieniedzy od ludzi w trakcie
> wycieczki.


Myślicie, że zebrali? Przed każdym obiektem była 10-minutowa przerwa na zrzutkę. W dodatku pozamawiali bilety do Opery przez internet - za moim posrednictwem, każdy osobno, ma się rozumieć. 

21:24, pani-z-warszawy , praca
Link Dodaj komentarz »

 

Przy tej grupie naprawdę odpoczęłam. Ponad 50 osób, ale chętnie słuchających, aż miło takiej grupie coś opowiadać. Szybko zresztą złapaliśmy kontakt. Dochodzę do wniosku, że podstawą udanej wycieczki jest przekonanie, że przewodnik jest nie po to, żeby opowiadać i zrealizować jakiś program, ale po to, żeby grupa miło spędziła czas. Oczywiście czasem można połączyć obie rzeczy :)

Kiedy wychodziliśmy z katedry i czekałam na resztę grupy, zadzwonił telefon. Zuza, koleżanka-przewodniczka. "O czym tam opowiadałaś pod chórem, że się grupa tak śmiała? Stawiam kawę w zamian za tę opowieść". Zagadka dla tych, którzy dobrze znają Lwów: o czym można opowiadać pod chórem katedry rzymskokatolickiej, żeby grupa się śmiała? Odpowiedź wkrótce. 

Grupa ta miała też kolację z muzyką, grała kapela pana Zbyszka (Lwowska Fala? Wesoły Lwów? Nigdy nie pamiętam, jak się te kapele nazywają). Na koniec impreza się rozkręciła i nawet były tańce. Ja wyszłam ok. 23 bo - następnego dnia do pracy :)

Trzeciego dnia zwiedzaliśmy tylko pół dnia, do obiadu, i dla chętnych był bonus poobiedni. A dla mnie bonus od organizatora w postaci butelki cytrynówki własnego wyrobu, pięknego kubeczka na herbatę i pęku róż (nie herbacianych, czerwonych). 

20:02, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (1) »

Dwa lata temu była taka wycieczka, z Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie, która skończyła się przechodzeniem przez zamknięte (szklane) drzwi w hotelu. Z obopólną stratą - dla drzwi i dla wchodzącego. Podobno wyjazd ten był szeroko komentowany pod Jasną Górą, i oto - w dwa lata po tym wielkopomnym wydarzeniu studenci Akademii postanowili wyczyn powtórzyć (już bez drzwi). 

Przyjechali do hotelu o 10.oo, ale zwiedzanie rozpoczęło się o 14.oo. Po pierwsze z powodu rozlazłości grupy, która na każdą zbiórkę przychodziła z pewnym opóźnieniem, a pierwsze, czego potrzebowali we Lwowie to był czas wolny, a po drugie z powodu kierowcy, który nie wiedział, że musi mieć zieloną kartę. Kosztowało to, po dłuższych pertraktacjach z funkcjonariuszem drogówki, 200 zl. Przy okazji, jeśli ktoś się wybiera do nas samochodem bez zielonej karty, to oficjalnie mandat wynosi 425-870 hrywien. 

Drugiego dnia pojechaliśmy na zamki. Jako, że studenci byłi głównie z historii, to słuchali w miarę z zainteresowaniem (poprzedniego dnia było ciężko). W Złoczowie tradycyjnie uprzedziłam, że wiele nie powiem na temat ekspozycji, bo mają zwyczaj zmieniać ją bez uprzedzenia... i rzeczywiście. W sali kredensowej pojawiła się m. in. mała galeria rodzinna Sobieskich, największą furorę zrobił "Sobieski na kucyku", bo tak turyści ochrzcili konny portret króla niewiadomego mistrza. 

Kiedy już mieliśmy wracać, okazało się, że część osób chce iść na zakupy we Lwowie, a częśc dalej zwiedzać. Pierwsza grupa w mało demokratyczny sposób została przegłosowana, z tym, że... zadecydowano o dodatkowym zwiedzeniu Białego Kamienia. Przekonała ich dopiero informacja z przewodnika, że "przed 1939 r. istniały tu jeszcze ruiny zamku". Zaproponowalam w zamian Uniów, i wszyscy byli zadowoleni. Popili wody z cudownego źródełka, wymyślili, że na pewno pomaga ona na porost włosów. W Uniowie było przepięknie. Może więcej wycieczek powinno tu zaglądać, to tylko 10 km w bok od trasy?  

Trzeciego dnia opiekunowie naukowi wycieczki, dwóch doktorów filozofii, postanowili wzbogacić przeżycia młodzieży, umawiając spotkanie z profesorem filozofii z Politechniki Lwowskiej. Do spotkania doszło, jednak wtedy okazało się, że ani oni, a ni on nie mają pomysłu na to, co dalej. Póki dyskutowali, młodzież się rozeszła, zostało tylko kilka najwytrwalszych osób. Ostatecznie wylądowaliśmy na piwie w Kabinecie. Profesor okazał się bardzo ciekawym człowiekiem, z tym, że poza dwoma doktorami nie miał raczej partnerów do dyskusji. Rozmawiali o szkole lwowsko-warszawskiej. Powiedział kilka ciekawych rzeczy, m. in. to, że szkoła wyrosła na podłożu patriotycznym - jej twórcy specjalnie wybrali te zagadnienia, które rokowały największy sukces, ponieważ nadrzędnym celem było rozsławienie polskiej nauki w świecie. Powiedział też, że znał "syna znajomego matki Banacha" - co jest o tyle ciekawe, że nie wiemy, kim była matka Banacha. Sam Banach nie wiedział. Natomiast "znajomy" pochodził ze sfer arystokratycznych i sugerował, że takie było i pochodzenie Banacha. 

Dwóch doktorów to też osobna historia. Jako, ze siedzieli tuż za mną w autobusie, a poza nim chodzili w pierwszej parze, to slyszałam zza pleców takie kwestie jak "no i jakimi drogami powinna podążać współczesna tożsamość europejska" a zaraz potem "jeśli rów jest suchy i czysty, to nie widzę powodu, żeby się w nim nie przespać". Albo "Spotkanie z profesorem to była nasza wspólna inicjatywa" - "Inicjatywa inicjatywą, ale łazić z profesorem łaź sam". "A może profesor by coś opowiedział o na temat osiągnięć Ukrainy w obróbce skrawaniem, to historia, to wszystkich powinno zainteresować". Jedna ze studentek myślała, że będzie czas wolny, na co doktor odparł: "będzie czas wolny, ale w towarzystwie profesora". 

19:40, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (3) »

Zaniedbałam trochę swoje sprawozdania z pracy (z wycieczek), więc już nie jestem pewna, czy to rzeczywiście 128 grupa, muszę sprawdzić wszystko z kalendarzem. Fakt, ze była to pierwsza "prawdziwa" wycieczka w tym roku - kilkudniowa, z noclegiem, z wyjazdem za miasto, z imprezą przy dźwiękach kapeli lwowskiej. I od razu wymagająca, bo nie ma nic gorszego, niż oprowadzać przewodników. Nauczyciele się nie umywają. 

Wrażenie zrobiłam nienajlepsze - na początku, bo jak mi się potem przyznała jedna pani, jak weszłam do autobusu i przedstawiłam się, pomyślała "i co nam ta siksa może powiedzieć". Potem jednak przepraszała :) I wycieczka wyjechała zadowolona, a nawet skomplementowali mnie, że jestem doskonalym przykładem jeśli chodzi o metodykę prowadzenia grupy. Dosyć chwalenia się. 

Dla przeciwwagi się przyznam, że choć była to grupa z Kętrzyna, nie miałam nic ciekawego do powiedzenia o Kętrzyńskim, i mało tego - ukryłam ten fakt, dokonując chwilowej zamiany ról przy pomniku Kętrzyńskiego na cmentarzu, i sama posłuchałam, bo jak się okazało wśród uczestników był znawca tej postaci i inicjator odnowienia jego pomnika, więc lepiej nie mogłam trafić. 

Przy okazji nauczyłam się także innej ciekawej rzeczy - jeden z uczestników wycieczki miał ze sobą zeszycik, przecięty na pół zwykły 16-to czy 32-kartkowy zeszyt szkolny. Wklejał do niego na bieżąco pamiątki z wycieczki - bilety wstępu, reklamy, itp., co się tylko dało zebrać po drodze. Zeszycik, który miał ze sobą we Lwowie był już... 70-tym w jego kolekcji! nie powiem, bardzo mi to zaimponowało. 

18:58, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 kwietnia 2009

Wśród lwowskich przewodników zawrzało jak w ulu. Gdzie się tylko nie obejrzeć, kogo nie spotkać, temat jest jeden: sprawdzają. Nasze władze przed majówką wytoczyły ciężkie działa. Dwóch czarno ubranych panów zachodzi przewodników od tylu, sprawdzają licencje, dokumenty. Strach pomyśleć, co będzie na majówkę.

Aby legalnie oprowadzać wycieczki po Lwowie, trzeba przejść sporo szczebli wtajemniczenia. Najpierw kurs przewodników (cztery egzaminy), potem egzamin przed komisją akredytacyjną Rady Obwodowej, potem w Wydziale Turystyki Rady Miasta otrzymuje się identyfikator. Aby otrzymać licencję i identyfikator trzeba mieć działalność gospodarczą albo stałą umowę z firmą turystyczną i "skierowanie" na każdą wycieczkę. Innych form zatrudnienia, jak na przykład umowa-zlecenie, nie przewidziano. Ani wolontariatu. 

Zrobił się niezły popłoch, bo nie wszyscy mają już skompletowane wszystkie dokumenty (identyfikatory wydają od jesieni), a wiele osób, które miały podpisane umowy z firmami, faktycznie pracowały na własną rękę i nie miały żadnych skierowań. Wiele osób się wystraszyło kontroli, bo choć na razie nikt mandatów żadnych nie nakłada (ja przynajmniej nie słyszałam), to żadna przyjemność tłumaczyć się w obecności grupy turystów. A tu już terminy pozamawiane, majówka się zbliża, i jak tu odmówić? 

Przestraszyli się też polscy piloci, którzy oprowadzali po Lwowie. Przynajmniej niektórzy. Pierwszy raz w życiu firmy, dla których pracowali, zaczęły się rozglądać za miejscowymi przewodnikami. A tych i tak zawsze było za mało, a przy obecnym zamieszaniu zrobiło się jeszcze jakby mniej. 

 

Wiele plotek, które do mnie doszły, wskazywało by na to, że nowe uregulowania są skierowane w dużej mierze na ochronę miejscowych firm turystycznych. Przewodników pracujących na własną rekę wypytują, czemu nie współpracują z firmami, i niby jakie to straty te firmy przez nich ponoszą. Sprawdzają "skierowania" na wycieczki. Skończy się na tym, że wszyscy będą zakładać własną działalność, żeby mieć spokój i nie tłumaczyć się za każdym razem, skąd wzięła się wycieczka. 

 

Ciekawe, co będzie dalej? 

23:54, pani-z-warszawy , praca
Link Komentarze (2) »

Mąż zawsze załamywał ręce nad zawartością mojej torebki... zaczynam dochodzić do wniosku, że jest w tym trochę racji. 

 

niedojedzone opakowanie krakersow(1) / chusteczki chigieniczne (1,7) / klucze (1) / monety okolicznościowe z pisanką (3) / blistry tabletek na ból głowy, niestrawność, chorbe lokomocyjną, ból brzucha (7) / inne tabletki luzem (0,5) / woreczki foliowe (1,5) / karta do bankomatu (1) / portfel (1) / środki higieny osobistej (7) / landrynki na struny głosowe (6) / papierki po landrynkach (1) / złotówki luzem (10,10) / hrywny luzem (3,01) / kwit za odnowienie zagubionej karty na basen dziecka (1) / kwit za wejście z wycieczką do Ormianki (1) / cukierek mietowy (1) / guma do żucia nieużuwana (1) / pióro (1) / długopis (2) / pieczątka firmowa (1) / chusteczka do obiektywu (1) / olejek na katar (1) / identyfikator przewodnicki (2) / guzik (1) / nieaktywna karta sim (1) / różaniec (1) / zużyta chusteczka higieniczna (1) / mandarynka (1) / błyszczyk (1) / zalana tuszem skuwka od długopisu (1) / paragon za pieczątkę (1) / kwit za bilety na Cmentarz Łyczakowski (1) / wizytówki własne / wizytówki osób poznanych w ostatnich miesiacach (12) / paragon z restauracji pod Lublinem (2) / płyta z antologią reportażu radiowego (1) / skasowane bilety ulgowe do zamku w Złoczowie (48) / karteczka na odbiór dawno odebranych dokumentów (1) / notesik (1) / arkusz rozliczenia z dzisiejszą grupą (1) / arkusz rozliczenia z wczorajszą grupą (1) / telefon (1) / repertuar opery (1) / informator wydarzeń kulturalnych we Lwowie w kwietniu (1) / ubzpieczenie medyczne dla dzieci (2) / opakowanie chusteczke nawilżanych (0,5)  / dokumenty firmowe (3) 

10:50, pani-z-warszawy , bez kontekstu
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
sobota, 18 kwietnia 2009

Na wsiach święci się pokarmy na porannej mszy, w miastach natomiast w soboę, tylko nie tak jak w Polsce od rana, a po południu, najwięcej ludzi idzie wieczorem.  

 

W oczekiwaniu na święcenie - te pajace to moja rodzina. Święciliśmy w cerkwi uspieńskiej, która należy do Autokefalicznej Cerkwi Prawosławnej. Rodzina mojego męża jest tego wyznania. Próbowałam namówić, żebyśmy poszli ze znajomymi poświęcić w kościele podominikańskim (u grekokatolików), ale mąż odparł, że "nie po to mama taki ładny koszyczek robiła, żeby go święcić u katolików".  

 

To dla odmiany ja. Mąż mi kazał zamieścić, że też nie jestem taka święta i malowałam się w cerkwi. Zamieszczam, bo ładnie wyszłam :P Poniżej święcenie właściwe w Uspience:

   

 

Potem poszłam do dominikanów. To cerkiew, do której chodzi dużo ukraińskiej inteligencji. Co ciekawe, zauważyłam, że u prawosławnych taca szła przed kropidłem, a tu odwrotnie. Ciekawe, czemu. Pięknym zwyczajem jest umieszczanie w koszyczkach zapalonych świec. 

           

 

Na koniec Ormianie. Podobno przed II wojną światową, kiedy katedra ormiańska należała do Ormian-katolików wielu Polaków zwyczajowo święciło tu koszyczki. Była to w końcu tylko różnica obrządku, nie wyznania. Teraz katedra należy wiernym Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Ormianie w krajach katolickich świętują Wielkanoc według kalendarza gregoriańskiego, a w prawosławnych według juliańskiego - czyli tak jak większość. Ciekawa byłam, czy też święcą koszyczki, więc weszłam zobaczyć. Akurat trwało nabożeństwo. Msza ormiańska jest bardzo długa, dzisiejsza trwała 2,5 godziny, ja na szczęście przyszłam już pod koniec, to znaczy nie stałam dłużej niż godzinę. Pięknie śpiewa chór. Wysłuchałam kazania po ormiańsku (potem była powtórka po rosyjsku, widać nie ja jedna nie znam tego języka). 

Na koniec było święcenie koszyczków. Bez pokropienia, samo tylko błogosławieństwo.

             

W katedrze ormiańskiej jest bardzo fajny diakon, Armen. Swoją drogą mieć na imię Armen i pochodzić z Armenii to prawie jak... mieć w Polsce na imię Lech ;) Zawsze, kiedy przychodziłam z wycieczkami, on wychodził do nas z cegiełkami, recytował wierszeyki po ormiańsku, a czasem wdawał się w dysputy teologiczne i tłumaczył nam w zadziwiająco przystępny sposób zawiłości pojmowania dogmatów. Potem wyjechał do Erewania, a od niedawna znów jest we Lwowie. Dałam mu pięciohrywnową monetę z pisanką, a on mnie ormiańskie ciastko - pachlawę. 

 

 

Na Ukrainie wyszły też dwie inne monety o tematyce wielkanocnej - srebrne, kolekcjonerskie: pisanka i Święto Wielkanocy. Obie bardzo ładne. 

   

 

22:11, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (9) »

Jakbyście się czuli, gdyby ktoś Wam teraz życzył wesołych świąt? Dziwnie, nie? Ja też się zawsze dziwnie czułam. Jeszcze człowiek nie ochłonął po jednych świętach, a tu już powtórka. Wczoraj babcia z dziećmi malowała pisanki. Ukraińcy są mistrzami świata w malowaniu pisanek, tak uważam. Moja teściowa może nie jest w czołówce, ale kiedyś napiszę notkę o pisankach huculskich. Tymczasem - malowanie pisanek z babcią:

  

22:10, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15