| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            



lwow.info on Facebook


Related Posts with Thumbnails
czwartek, 28 maja 2009

Było po 23-ej. Zazwyczaj nie chodzimy tak wcześnie spać, ale tego dnia położyliśmy się wcześniej. Nagle ze snu wyrwał nas dzwonek telefonu.

- Krzysztof Lang do Ciebie dzwoni. - mąż szturchnął mnie łokciem.  

- Halo.

- Kasia, idziesz z nami na piwo? Jesteśmy we Lwowie, 20 metrów od twojego domu. 

Zatkało mnie. Trochę byłam zbyt zaspana, żeby skorzystać z propozycji. Na szczęście nastepnego dnia znów zadzwonił. Tym razem z inną  propozycją: wyjazdu do Drohobycza. Na godzinę. Wybieglam z domu prawie jak stałam, bez kurtki, bez parasola, bez niczego, bo i zresztą była ładna pogoda i nic nie zapowiadało deszczu. Celem wyjazdu miał być rekonesans przed nowym filmem, który być może powstanie, znalezienie bohatera - młodego pejzażysty. 

Zanim jednak dotarliśmy do Drohobycza, rozpadało się.  Nikt z nas nie miał parasola. Krzysztof Lang kupił jedną parasolkę za 50 hr, a potem poszliśmy szukać drugiej, tańszej. Cały czas padało. W sklepie "Anna" na drohobyckim rynku nudziły się trzy ekspedientki. Weszliśmy, i KL przywitał się słowami: - Chcielibyśmy parasolkę, ale tylko taką za 25 hrywien. - Panie nie miały takiej, najtańsza kosztowała 45 hr. KL zaproponował, że ją pożyczymy, a potem odniesiemy, jak przestanie padać. Panie zaczęły szukać na zapleczu jednej uszkodzonej, którą miały i chciały nam podarować, ale nie znalazły. Stanęło na tym, że wypożyczyły nam parasolkę. KL jednak na wszelki wypadek zapłacił za nią, gdybyśmy nie zdążyli zwrócić.  15 minut później przestało padać i parasolka wróciła do sklepu. Nadal można ją kupić! Może i jest używana, ale przez kogo!

Przy okazji Krzysztof Lang wypytał panie, czy nie znają żadnego miejscowego malarza. Nie znały, ale skierowały nas do sklepu "Hobby". Sklep był już zamknięty, ale obok był otwarty jeszcze zakład fryzjerski. Pani fryzjerka wyszła do nas i nawet zadzwoniła do właścicielki "Hobby". Ta już chciała brać taksówkę i przyjeżdżać, więc zadzwoniliśmy do niej jeszcze raz, żeby się nie fatygowała, bo nie chcemy nic kupić, a jedynie dowiedzieć się o tego malarza. Pani malarza nie znała, znał jej tato, ale akurat był na działce, nieosiągalny telefonicznie. Pani fryzjerka za to zaproponowała, że ostrzyże naszego reżysera. Spojrzał na nią z uśmiechem, który, według moich domysłów mowił "jakby tu odmówić, żeby pani nie urazić", i wreszcie odparł: - Ale ja nie mogę. Mnie strzyże tylko jedna kobieta. - Fryzjerka więcej nie nalegała. Poszliśmy "w Drohobycz" nagabując po drodze przechodniów, czy nie znają malarza. Nie znali. Drohobycz jest fantastycznym miastem, pełnym urokliwych zaułków, i śladów dawnej świetności. Krzysztof Lang robił zdjęcia i kręcił krótkie ujęcia, ale nie zabytków, a panienki myjącej mopem podłogę w salonie piękności, w bluzce z napisem Italy na plecach. Kilku pań w średnim wieku, które szły z ogromnymi bukietami kwiatów. Tego, co mnie się już wydaje zwyczajne, a kiedyś takim nie było. Zachwyt codziennością. Adrian dodzwonił się do jakiejś pani, Polki, która sama maluje. Nie była jednak młoda. A żadnego innego malarza nie znała, przynajmniej tak stwierdziła. 

Potem nasz kierowca (lwowski) szukał nas po Drohobyczu, bo odeszliśmy kawałek od miejsca, w którym go zostawiliśmy. W drodze powrotnej chcieliśmy jeszcze zobaczyć gimnazjum, w którym uczył Schulz, ale nikt z nas nie wiedział, gdzie ono się znajduje. Potem w internecie przeczytałam, że jednak je mijaliśmy nieświadomie. Znaleźliśmy za to (przypadkiem) Pałac Sztuki. Była tam jakaś pani, która znała drohobyckiego malarza, bardzo dobrego, "tylko że on mieszka we Lwowie".

 

Tak się skończyła wycieczka. Tak się zaczyna film. 

 

Potem było jeszcze wspólne oglądanie meczu (KL kibicował Barcelonie), a skończyło się wszystko o 2.oo w kawiarni na Starówce, gdzie w deszczu i chłodzie, pod rozłożystymi parasolami, owinięci w koce, jedliśmy lody i piliśmy wódkę z Ukraińcami.   

 

20:59, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 maja 2009
 
1 Francuz = pułkownik
2 = pojedynek
3 = klub artstyczny

1 Rosjanin = pijak
2 = draka
3 = partia polityczna

1 Anglik = gentelman
2 = klub
3 = mecz

1 Żyd = przedsiębiorca
2 = turniej szachowy
3 = gabinet ministrów

1 Zakarpatyczyk = przemytnik
2 = brygada budowlana w Portugalii
3 = nie bywa, bo trzeci zawsze jest Węgrem albo Słowakiem

1 Ukrainiec = powstaniec
2 = oddział powstańczy
3 = oddział powstańczy ze zdrajcą
19:08, pani-z-warszawy , bez kontekstu
Link Komentarze (6) »

Dzień 1, sobota.

Wracam z Winnik, z całodziennego objazdu podlwowskich zamków i uciekania przed deszczem (udanego). Jest godzina 18.30, dzwoni mąż. - Gdzie jesteś? - Dojeżdżam do Lwowa. - Przyjechać po Ciebie? - Nie trzeba. Postanowiłam zajrzeć jeszcze do Natalii, która dopiero zabrała grupę na Cmentarz Łyczakowski. Godz. 20.oo, dzwoni mąż. - Gdzie jesteś? - Na cmentarzu. - Na jakim znowu cmentarzu?! - Łyczakowskim. Z Natalią. - Idziecie na kawę? - Pewnie tak. Godz. 21.oo. jesteśmy w centrum, po kawie, serniku, koniaku i pielmieniach. Natalia idzie do kina z mężem, ja do domu. Po drodze spotykam jeszcze dwójkę znajomych (też idą do kina), i Zuzę (pije koniak z koleżanką w kawiarni pod moim domem, przyłączam się). Godz. 23.oo - dzwoni mąż. - Chciałem tylko zapytać, czy wszystko w porządku?

Dzień 2, niedziela. 

Rano spotkanie z grupą. Wchodzę do autobusu, uczestnicy wycieczki: - O, ciężka noc była! Zwiedzanie kończy się w połowie dnia, wracam do domu, bo mam jeszcze dziś oddać artykuł do Kuriera Galicyjskiego. Dzwoni Zuza. - Jesteś w domu? Mam dzisiaj imieniny, nie chcesz ze mną wypić wina? - Dlaczego nie powiedziałaś wczoraj, że masz imieniny? - Nie wiedziałam. Zuza przychodzi z butelką białego wina i wędzonym serkiem. Siedzimy do 23.oo. O 00.oo wysyłam felieton do Kuriera zrodzony w mękach, a częściowo skopiowany ze starszych wpisów na bloga i idę spać z kacem moralnym.

Dzień 3, poniedziałek.

Do kaca moralnego dołącza alkoholowy. Dziś obiecałam Marty klasę oprowadzić po Cmentarzu Łyczakowskim. Jedziemy, przed wejściem powtórka, czego nie można robić na cmentarzu - biegać, krzyczeć - dzieci wiedzą, ale są bardzo żywe, nie moga się powstrzymać. Przy każdym ciekawszym nagrobku stajemy i dyskutujemy, zadaję im pytania: - Kim był Iwan Franko? - Bokserem! - Wykrzykuje ktoś i już wszyscy powtarzają za nim. Każdy chce coś powiedzieć, wykazać się, tym bardziej, że na koniec ma być niespodzianka. Recytują wiersze - Marii Konopnickiej, Władysława Bełzy. Na koniec wszystkim daję czekoladki za dobre odpowiedzi. "Obyś cudze dzieci uczył" - rozumiem... Wracamy do domu, ja zupełnie bez sił. Kładę się poczytać i zasypiam. 

Ciężkie jest życie przewodnika.  

16:52, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 maja 2009

Po Malechowie pojechaliśmy do Dublan, które są słynne z Akademii Rolniczej. O Dublanach pisałam już wczesniej: tu i tu. Nigdy jednak nie byłam w Dublanach. Naszym celem był właściwie ten cmentarz, ktory okazał się nieciekawy, ale to co zobaczyliśmy, zachwyciło nas. Poniżej gmachy, które pewne należały pierwotnie do Akademii Rolniczej:

 

 

 

 

 

 

Na cmentarzu spotkaliśmy jakiegoś miejscowego na rowerze, którego zaczęliśmy rozpytywać o różne miejsca, co wzbudziło jego nieufność. Myślał, że szukamy skarbów, i nie przekonało go, że mamy takie krajoznawcze zainteresowania. "Gdybyście byli ze mną szczerzy, to może bym się przed wami otworzył i powiedział wam więcej" - sam chyba zaliczał się  do tzw. "czarnych archeologów", bo wspominał, ze niedawno w Dublanach odkryto bunkier (kryjówkę) UPA i jemu "dostała się torba". 

Powiedział nam też, gdzie był park, stary cmentarz, ktory za czasów sowieckich znalazł sie pod drogą i cały czas się tam znajduje, a także opowiedział o jakimś inzynierze, który dla jakiegoś hrabiego zrobil wodociąg, ktorym woda miała docierać do jego majatku w Dublanach ze źródła w Brzuchowicach. Kiedy wodociąg byl już wybudowany, inzynier oznajmil, ze za trzy dni dotrze woda. Jednak minęły trzy dni i wody nie było. Inżynier popełnił samobójstwo, sądząc, że jego praca nie przyniosła rezultatu. Po dwóch dniach zjawiła się woda - po prostu źle oszacował czas, w którym woda dojdzie ze źródła... Nazwisk pan nie pamiętał, i trochę myliły mu się daty, ale sporo wiedział. Nie przedstawił się nam też, tylko powiedział, że gdybyśmy chcieli się czegoś dowiedzieć o Dublanach, to on mieszka pod 1. 

22:20, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (3) »

Bylem wczoraj w DAI (drogowka). 2 tyg temu zatrzymano mnie i spisano protokol podpisania ktorego odmowilem (w protokole napisane bylo ze wyprzedzalem mniej niz 50m do przejscia dla pieszych). Nie bylem pewien czy ma inspektor racje dlatego odrazu zaproponowalem ze dam 50uah i pojade sobie dodomu (wracalem ok 21:00 po meczu w pilke z kolegami). Inspektor jednak chcial pisac no to powiedzialem - ze prosze bardzo ale podpisywac nie bede. W rzeczywistosci na skrzyzowaniu jest przejscie dla pieszych (rog ul.Witowskiego i ul. Bulgarskiej) i przystanek tramwajowy. Ulica ma ok 10m szerokosci i tory tramwajowe w obie strony - blizej do srodka ulicy - tak ze tramwaj mozna objechac po prawej. Kiedy podjezdzalem do skryzowania jechala przede mna "marszrutka" ktora (jak to za zwyczaj bywa) GWALTOWNIE wlaczyla prawy kierunkowskaz i zatrzymala sie na przystanku - mnie odrazu wyprzedzil jakis czarny samochod no a po nim ja objechalem busa - inspektorow na skrzyzowaniu bylo 4 !!! machneli wiec i na niego i na mnie. Po czym on po krotkiej rozmowie odjechal sobie no a ja mialem przyjemnosc siedziec 10min u nich w samocodzie i czekac az spisza dane z moich dokumentow i sam protokol bedzie napisany. Inspektor powiedzial ze obwiniaja mnie w wyprzedzeniu na skrzyzowaniu - zaczal mi pokazywac ksiazeczke Przepisy Ruchu Drogowego - ze nie wolno wyprzedzac w odleglosci mniej niz 50m do przejscia dla pieszych (na terenie zabudowanym). Wyprzedzenie - to manewr ktory wedlug PRD wiazy sie z wyjazdem na przeciwlegly pas. Wiec ja mu - nie wyjezdzalem na przeciwlegly pas, on - ze wyjechalem i ze nie dalo by rade objechac "marszrutke" nie wyjezdzajac na przeciwlegly pas. Ja na to - ze nie podpisze, on na to - ze moje prawo. Spisal protokol, zawolali dwoch osob ktorzy swoimi podpisami zaswiadczyli ze odmowilem podpisania i tyle. Nastepnego dnia pojechalem do nich i napisalem SKARGE - ze sie nie zgadzam, ze inspektor byl uprzedzony i ze nie wyprzedzalem.

    Wczoraj dzwoni do mnie tel - zapraszaja na 20:00 do "komandyra wzwodu". Powiedzialem OK, ale po niedlugim zastanowieniu sie oddzwonilem i powiedzialem ze nie dam rady na 20:00 bo mam wazne spotkanie (czytaj - pilka z kolegami na 19:30) i jak by przynajmniej dzien wczesniej uprzedzili. Powiedzili ze moze byc na 21:00

    Przyjechalem akuranie na 20:59 - przy wejsciu stalo z 8-10 inspektorow i na moj widok zapytali do kogo - odpowiedzialem do pana R. na rozpatrzenie SKARGI i odrazu slysze jak jakies dziewczyny z holu krzycza: "To do nas! My tez na niego czekamy!" Wszedlem do srodka, wsiadlem sobie kolo dziewczyn - okazalo sie ze tez napisali skarge i ze ... czekaja od 20:00 (bo nie mieli waznego spotkania a ja mialem :D) Nie powiedzialem oczywiscie o tym jak zapracowany jestem i dlaczego jestem na 21:00 a nie na 20-ta. W miedzyczasie podsluchalem rozmowe. Jedna z dziewczyn, patrzac sie na zgromadzonych u wejscia inspektorow, opowiadala drugiej (3-cia podtakiwala) jak by to fajnie bylo zabrac od instruktorow jedna taka palke... Bo wedlug niej "pieniadze tam chowaja". Nie odrazu - bo idac do pracy nie moga przy sobie duzo miec, ale jak troche popracuja i uzbieraja to chowaja wlasnie do palki by w wypadku kontroli nie miec nic w kieszeniach.

Kilka minut pozniej wszedl kapitan, pan R. "Kto do mnie?" - powiedzialem ze dziewczyny byly pierwsze no i odsiadlem sie, razem ze mna tez 2 dziewczyny i pozostala tylko 1 - ta co wlasnie skarge pisala.

R: - Czytaj co tam napisalas!

D: .... zaczela czytac swoja skarge no i dalej zrobilo sie wesolo. Nie jestem w stanie tego doslownie opisac, ale okazalo sie ze :
- protokol byl napisany z powodu tego ze dziewczyna nie miala prawa jazdy i prowadzila samochod bez nr rejestracyjnych.
- w skardze napisala ze siedziala w zaparkowanym OZNAKOWANYM samochodzie sprzodu, na miejscu pasazera, podszedl inspektor i zaczal wymagac lapowki a ona odmowila.

Jak to czytala Pan R. na to:

"TAK! W cyrku jestesmy? Co to jest? Cyrk? Bierz kartke i pisz!" Zawolal jakiegos serzanta i powiedzial mu ze ma ja zabrac bo juz ma jej dosc i niech ona tam napisze papier ze byla na rozpatrzeniu zaistnialej sytuacji. Jak juz odchodzila dodal jej:

"Ty mnie znasz, wiesz kim jestem! Juz mam tego dosc - 2 razy Ci przeszlo a 3-ci juz nie przejdzie!"

Powiedzial serzantowi zeby jeszcze napisala podanie by wydali jej prawo jazdy w zwiazku z osiagnieciem pelnoletnosci. Ona na to tylko "ale przeciez umiem jezdzic..." A ja sie dopiero polapalem - niezle - czyjas curusia ktora Pan R. zna i ma jej dosc ale nie moze nic zrobic - prowadzi nieoznakowany samochod bez prawa jazdy i jeszcze skargi pisze...

Potem byla moja kolej.

R.: Jak masz na imie, Taras?

Ja: Wasyl

R.: Ok, Taras - co tam z Twoja skarga?

Ja: inspektor stwierdzil ze wyprzedzalem a ja sie nie zgadzam.

Pozniej krotka lekcja zasad wyprzedzenia w terenie zabudowanym ktora grzecznie wysluchalem. Napisalem taki sam swisetk jak ta dziewczyna musiala napisac - ze zaproszono mnie i dokladnie rozpatrzono zaistniala sytuacje. Zawolal inspektora ktory byl juz dobrze przygotowany - przyniosl ladnie rozrysowane miejsce gdzie mnie zatrzymano z zaznaczonymi odleglosciami: szerokosc drogi, odleglosc do torow i t.p. - biedny inspektor musial sam tam jeszce raz jechac i wszystko dokladnie zmierzyc (z rysunku wynikalo ze szedokosc jednego pasa to 4,9m).

Pan R. powiedzial inspektorowi zeby wypowiedzial sie na temat sytuacji bo moja wersje juz slyszal. Inspoktor ze "skrzyzowanie, DUZA MARSZRUTKA..." :) ja ze "jak duza?", Pan R. "no ile miala? 3 metry?" Ja z usmiechiem "gdie zescie widzieli takie marszrutki?" On odparl ze przykladowo a ja odrazu ze nawet jak by miala 3M to moj samochod ma okolo 1,6-1,8m i napewno sie zmieszcze jak sie postaram na 1 pasie razem z marszrutka.

Pozniej do mety - nie wolno wyprzedzac - ja ze wyprzedzenie to wyjazd na przeciwlegly pas a ja nie wyjezdzalem - mijalem "marszrutke" na swoim pasie.
No i na tym stanelo - pan R. powiedzial ze podejmie decyzje o ktorej zostane poinformowany.

Ciekawie swoja droga jaki bedzie "wynik". Kolega, przykladowo dostal w kopercie zdjecie z protokolem za wykroczenie w terenie zabudowanym - jechal 90. Nie bylo na zdjeciu znaku "teren zabudowany" i stwierdzil ze oskarzy w sadzie. Ale jak mu dzwonilem 2 dni temu z pytaniem i co tam - powiedizal ze zaplacil te 350 uah bo to sie nie oplaca - szkoda czasu... W moim wypadku jesli zdecyduja ze inspektor mial racje raczej nie wypada placic - bede musial isc do sadu mimo ze tez uwazam ze szkoda czasu za te 350uah - "powiedziales A, musisz powiedziec B"

Tak naprawde nie jestem pewien czy nie wyjechalem na ten przeciwlegly pas - bialej linii niema bo ulica z bruku, ale jestem pewien ze nie maja dowodow udokumentowanych - tylko slowo inspektora. I jesli by tego moglo starczyc bylo by to moim zdaniem bez sensu - mogl by kazdego zatrzymc i powiedziec ze .... jechal na czerwone, wyprzedzal...

22:06, prawie-lwowiak-wasyl , _życie
Link Komentarze (3) »

Byliśmy dziś w Malechowie (miejscowość przy trasie z Hrebennego do Lwowa, przed samym Lwowem). Tak ni z tego, ni z owego. Chcieliśmy odnaleźć pewien cmentarz, który jest w Dublanach i wydawało się, że przez Malechów się dojedzie. Nie dojechało się. Za to zobaczyliśmy kościółek, od jakichś dwoch lat znów czynny jako rzymskokatolicki (za sowietów były w nim... mieszkania). Msze są odprawiane i po polsku i po ukraińsku, a parafia liczy ok. 30 osób. W środku zachowały się podobno przedwojenne malowidła. To wszystko powiedział mi pan, który zajmował się czyszczeniem starego drewnianego ołtarza, który będzie łużył świątyni. 

 

 

 

 

Poniżej informacje nt. Malechowa ze Słownika Geograficznego (stanek na lata 80/90-te XIX w.):

 

 

21:59, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (2) »
środa, 20 maja 2009

A teraz siedzę w domu, dzieci próbują zasnąć, a zza uchylonych okien dochodzą nas z Rynku okrzyki rozentuzjazmowanych kibiców. Rzeczywiście, to dzisiaj przecież finał pucharu UEFA, w którym gra doniecki Szachtar!

Mowa o tym meczu była już od dawna, bo Wasyl jest zagorzałym kibicem, a jego kolega pracuje w jakimś tam instytucie sportowym, którego wychowankiem jest kilku olimpijczyków i jeden, właśnie piłkarz z Szachtara, jeśli dobrze zrozumiałam, i tym kanałem miał on zdobyć bilety na rzeczony mecz, po czym całą paczką chcieli jechać so Stambułu. Okazało się jednak, że łatwiej zdobyć bilety na mecz finałowy, niż przejechać Ukraińcowi tranzytem przez Rumunię... więc wyprawa nie doszła do skutku. Siedzą u klegi, który ma "plazmę" i się pocieszają, że lepiej widać ;)

Mnie nawet się udzieliła atmosfera, choć nawet nie muszę sprawdzać jaki wynik - słyszę po krzykach zza okna ;)

A wy, komu kibicujecie? 

21:20, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (2) »

Nie miałam pomysłu, jak opisać I Komunię, żeby nie wyszło banalnie, więc dopuściłam Martę do głosu. 

Uroczystość odbyła się w kościele św. Marii Magdaleny, w tej chwili jednym z (chyba?) sześciu działąjących kościołów rzymskokatolickich na terenie Lwowa. Szkoła nr 10 jest ściśle związana z tym kościołem, bo powstała właśnie jako szkoła św. Marii Magdaleny w 1816 roku, i obecna kontynuuje te tradycje. 

Najstarsza część koscioła (obecne prezbiterium) jest renesansowa, zachował się tam nietypowy ołtarz z początku XVII w. - wykonany w formie kamiennej płaskorzeźby na ścianach absydy. Ciekawa jestem, czy gdzieś indziej zachowało się podobne rozwiązanie - jeśli ktoś wie, niech da znać. 

Przed tym starym, renesansowym ołtarzem w l. 20-stych XX w. umieszczono drugi, też ciekawy - dwie duże postacie aniołów koronują figurę Matki Boskiej. Całości dopełniają malowidła w stylu art deco. Moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych - jeśli porównywać wnętrza - kościołów lwowskich. 

Po II wojnie światowej władze sowieckie pozamykały prawie wszystkie kościoły, ale kościół św. Marii Magdaleny wkrótce został znów otwarty. Plotka mówi, że to za sprawą księdza Truszkowskiego, dawnego proboszcza z Pronina. Kiedy ksiądz Truszkowski został aresztowany przez NKWD, podczas przesłuchania miał powiedzieć: - Gdyby Lenin wiedział, co ze mną wyprawiacie, napewno by się za mną ujął. - Takie słowa wzbudziły niemałe zainteresowanie, że jak to, niby znał Lenina osobiście? Ksiądz miał szczęście, bo nie tylko znał Lenina, ale też Lenin pożyczył od niego pieniądze, które potem zwrócił mu pocztą, na co zachował się dowód. Dzięki temu ksiądz został zwolniony z więzienia, dostał pieniądze na drogę do Lwowa i własną parafię - właśnie u św. Marii Magdaleny. 

Nie długo jednak trwało to szczęście, bo w 1962 r. kościół jednak odebrano wiernym i władze urządziły w nim salę organową (jak podaje jeden z przewodników - "kościół ma największy na Ukrainie organ" - świątynia wyposażona jest w doskonały instrument czeskiej firmy Rieger z 1932 r.).  

Po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w 1991 r. parafia walczyła o odzyskanie świątyni, ale udało się to tylko połowicznie - w kościele są odprawiane nabożeństwa, ale tylko jedno dziennie. Wierni są tu tylko gośćmi, i cały czas daje się im do zrozumienia, że nieproszonymi gośćmi. Ławki mają przekładane siedzenia, żeby można było siedzieć przodem lub tyłem do ołtarza. Kościół cały czas ma oficjalnie status sali organowej, odbywają się koncerty (podobno przychodzi na mnie zazwyczaj po kilkanaście osób, na mszy kościół jest pełny, a parafia liczy ponad 800 osób). Dyrektor tego przybytku kultury sam chyba nią zbytnio nie grzeszy...:

 

(źródło: www.lwow.eu

 

Zainteresowanych szczegółami odsyłam do lektury: Batalia o zwrot kościoła Marii Magdaleny.  

W tym kontekście zrozumiałe są słowa, które mówiła Marta podczas modliwty wiernych: módlmy się za kościł świetej Marii Magdaleny, aby Jezus Eucharystyczny, który od dziś zamieszka w naszych sercach, mógł na zawsze pozostać w tabernakulum naszego kościoła.

 

 

 

 

"komunistka" z rodzicami i dziadkami 

 

prezenty! 

 

21:08, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (3) »

W niedziele 17 maja miałam pierwszą komunię. Do komunii szło 14 dzieci, mieliśmy takie same stroje. Jak wchodzilismy za balaski, spiewalismy pieśń Uroczysty Dzień Zawitał. Po piosence czytałam wierszyk: najpiekniejszy dzień. W modlitwie wiernych czytałam tą modlitwe: Módlmy się za kosciul świetej Marii Magdaleny aby Jezus eucharystyczny który od dziś zamieszka w naszych sercach mógł nazawsze pozostać w tabernakulum naszego koscioła. Po modlitwie wiernych był psalm czytania i nareszcie komunia. Msza przebiegła bardzo szybko. Pojechalismy do domu, na łużku lerzał stos prezentów oto i one: bluzka, piżama, worek na plywanie ze stephanie z filmu leniuchowo, peruka stepchanie oraz gra super farmer i dużo książek.

18:53, marta-ze-lwowa , _życie
Link Komentarze (6) »
piątek, 15 maja 2009

Mój mąż miał kupić seler. W Polsce, bo tu się nie udało. Dzwoni, czy to ma być korzeń selera, czy seler naciowy, bo jako dawny kierownik składu w restauracji (!) wie, że to różnica. Ma być korzeń.

Kupił kalarepkę. (?) 

20:15, pani-z-warszawy , bez kontekstu
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15