| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    



lwow.info on Facebook


Related Posts with Thumbnails
środa, 20 lutego 2013

Zapraszam do lektury bloga na stronie www.lwow.info

22:11, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 maja 2010

Blog o Lwowie i Kresach wraca, ale w nieco innej formie - bardziej fotograficznej, niż opisowej. Możliwe, że będą się powtarzać zdjęcia, które widzieliście już tu - bo będę także wyciągać z archiwum. Ale będą i nowe.

 

Stałych bywalców i niestałych wielbicieli zapraszam do okienka z widokiem na Kresy: fotokresy.blogspot.com

14:10, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (4) »
sobota, 17 października 2009

Pojawiam się na monet, żeby znowu zniknąć. Pojawiam się, żeby wyjaśnić i może także przeprosić czytelników tego bloga. Piszę, bo zadzwonił do mnie Krzysztof Lang i powiedział, że nie odchodzi się bez pożegnania.

 

Podjęłam decyzję, że więcej nie będę tu pisać. Nie z kokieterii, nie po to, żeby usłyszeć od Was, że ten blog był czytany i jest potrzebny. Wiem, że wiele osób chętnie by przez to okienko nadal zaglądało do Lwowa. Dla wielu jednak, i coraz to nowych osób ten blog był krzywym zwierciadłem, w którym widzieli siebie samych. "Tylko nie zamieszczaj mojego zdjęcia". "Tylko nie pisz o mnie". "Tylko nie pisz tego, co powiedziałem". "Uważaj, co mówisz, ona to potem opisze". "Napisałaś, że rok temu piłam koniak w lwowskiej kawiarni... no wiesz!".

Nie czuje się szczególnie winna, bo nikogo tu nie pozbawiłam dobrego imienia, ale nie chcę się czuć jak paparazzi, ani nie chcę pisząc co słowo się zastanawiać, czy kogoś nie obrażę. To nie miał być reportaż ze Lwowa, ani zbiór esejów, ani encyklopedia. To miał być blog, o mnie, o mnie w lwowskiej rzeczywistości. Nie mogę o tym pisać, nie zaczepiając tematu znajomych, ludzi z którymi się spotykam. Dlatego uważam, że formuła bloga się wyczerpała.

 

Ale Lwów trwa.

Do zobaczenia w sieci.

 

17:47, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (40) »
piątek, 07 sierpnia 2009

 

20:43, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Po II wojnie światowej elegancki kurort Truskawiec stał się dostępny dla szerokich mas roborniczych z całego ZSRR. Dlaczego tylko burżuazja miałaby się dobrze bawić (i leczyć). Eleganckie wille - "Switezianka", "Marysia" "Pod Matką Boską", "Grażyna" i inne pozamieniano na sanatoria dla robotników - nr1, nr 2, nr 3, ...  To było jednak za mało, ile taki przedwojenny pensjonat mógł przyjąć kuracjuszy? 50? 100? A trzeba było tysiące. Powstały molochy na setki pokoi: Rubin, Krzyształowy Pałac, Mołdawia, Perła Podkarpacia, i inne. Górują one teraz nad panoramą Truskawca.

22:02, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (5) »

Podczas wizyty w Truskawcu poznaliśmy prof. Nicieję, autora kultowej książki o Cmentarzu Łyczakowskim (jedna z pierwszych, a może pierwsza? książka o Lwowie wydana po wojnie), która rozeszła się w nakładzie 250 tys. egzemplarzy. Potem Nicieja napisał jeszcze wiele książek, i wystąpił w wielu filmach o Kresach. Ostatnia jego książka to "Kresowe Trójmiasto", między innymi o przedwojennym Truskawcu i związanymi z nim ludźmi. Książki nie będę tu strzeszczać, polecam jej lekturę.

Główną atrakcją Truskawca jest woda mineralna "Naftusia" mająca właściwości lecznicze. Woda, jak przystało na zdrojową, niemiłosiernie śmierdzi. Poszliśmy jednak się napić. Heniek wypił aż 800 ml.

"poiłki"

prof. Nicieja (pozuje), Heniek, Wasyl (piją)

państwo Niciejowie, ja, Heniek

w jeszcze jednej konfiguracji

zdjęcia do filmu

profesor nie ustępuje elegancją przedwojennym kuracjuszom

21:42, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 czerwca 2009

Ostatnio mało pracuję, bo ciągle gdzieś jeździmy. Byliśmy na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, byliśmy w Bardejowie, i jeszcze w kilku innych miejscach, a teraz byliśmy w Truskawcu. Jak prawdziwi kuracjusze, bo Truskawiec to słynny przedwojenny kurort, drugi po Krynicy w Polsce. Po wojnie został otwarty dla mas robotniczych, które nadal tłumnie tu zjeżdżają.

Generalnie w Truskawcu nie ma wiele do roboty. Zwiedzania jest może na dwie godziny, bo z 280 przedwojennych will zostało 30. Nie wszystkie w dobrym stanie. Na deptaku można posłuchać gwiazd radzieckiej estrady. Cel naszego przyjazdu był towarzyski - pojechaliśmy, żeby spotkać się z Henrykiem, i poznać profesora Nicieję, który przyjechał z nim, aby nakręcić film dokumentalny o Truskawcu. Profesor podarował nam swoją nową książkę, "Trójmiasto kresowe", o Drohobyczu, Borysławiu i Truskawcu.

Zatrzymaliśmy się w hotelu Stary Wiedeń. Odremontowana dwa lata temu stara willa w centrum Truskawca. Pokoj z balkonem kosztował 270 hr. Do tego nieopatrznie zamówiliśmy śniadanie (25 hr/os.). Do wyboru były dwa zestawy, które jednak okazały się zupełnie inne, niż te, z których wybieraliśmy - zamiast chleba, sera i kiełbasy było udko kurczaka z makaronem. Jak w dobrych, starych, radzieckich czasach. Gdybyście się chcieli zatrzymać w tym hotelu, NIE polecamy ich śniadań.

Poniżej zdjęcia ładnego Truskawca (nie cały jest ładny, raczej ładność jest w mniejszości).

 

Być może nastąpi ciąg dalszy. Kto wie.

21:43, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 01 czerwca 2009

Konsulat zorganizował taką imprezę, już po raz drugi - pierwszy był dwa lata temu. Idea jest taka, że na Dzień Dziecka zjeżdżają do Lwowa dzieci z polskich rodzin z różnych miejscowości położonych bliżej lub dalej od Lwowa, mają wycieczkę po mieście, wizytę w McDonaldzie, a po południu przedstawienie w gmachu Opery. W obchodach bierze udział ok. 1000 dzieci. 

Marta poszła ze swoją klasą, ja pracowałam jako przewodnik-wolontariusz. Tym razem konsulat dał nam dużo swobody, w porównaniu do poprzedniej imprezy, kiedy wszystko było rozpisane co do 15 minut - miałam tylko o określonej godzinie być w McDonaldzie i pod pomnikiem Mickiewicza, resztę czasu mogłam zaplanować dowolnie sama. 

Moja grupa miała numer 1, przyjeżdżała chyba pierwsza, o 8.oo, pociągiem. Dzieci były z dwóch parafii na Bukowinie - Piotrowce Dolne i Stara Huta. Przyjechały z siostrą i opiekunkami. Obawiałam się, czy będą się porozumiewać po polsku, ale okazało się, że polski znają doskonale, a mówiły piękną gwarą bukowińską, która jest mieszanką gwary śląskiej, XVIII-w. polszczyzny i innych naleciałości. Bardzo miła dla ucha, choć nie zawsze łatwa w zrozumieniu, czego siostra, pochodząca z Polski doświaczyła na poczatku swojego pobytu tam. Jakaś dziewczynka coś jej opowiadała, opowiadała, a ona nie mogła zrozumieć sensu. W końcu dziewczynka popatrzyła na nią i spytała: "a wyście to się na pewno w Polsce rodzili?"   

Powinnam była zacząć jednak od tego, że jakiś miałam pechowy dzień. Źle sobie wczoraj ustawiłam budzik i wstałam przekonana, że mam mnóstwo czasu. Wyleciałam jak oparzona z domu o 7.45. Taksówka, i zdążyłam, na styk. Pod dworcem miał czekać autobus, miałam telefon do kierowcy. W telefonie była jednak pomyłka, i odebrała jakaś pani, która nie miała o niczym pojęcia. Jakoś się odnaleźliśmy, a kierowca na starcie pyta mnie o umowę z firmą turystyczną. Ja kwadratowe oczy, a on, okazuje się, nic nie wie, ani dla kogo pracuje, ani po co, nic. Poradziłam mu, zeby zadzwonił do tego, kto go wynajął i dowiedział się, bo, a nuż, pracuje jako wolontarusz, jak ja? To go zdopingowało. 

Pojechaliśmy zwiedzić cerkiew św. Jura, poprosiłam, zeby stanał przy chodniku, żeby dzieci nie musiały wychodzić na ulicę. Dobrze, dobrze - a staje przy wysepce na środku skrzyżowania. I cały dzień były takie atrakcje - potem brakowało mu czegoś w papierach i tłumaczył się, że ma, doniesie, potem wiózł nas naokoło przez korki, bo mu się krótsza droga nie podobała, i tak dalej. 

Pod cyrkiem był punkt zaopatrzeniowy, gdzie dostaliśmy koszulki z logo imprezy, książeczki, biało-czerwone szarfy i wodę. 

Następny punkt - McDonalds. Dla dzieci atrakcja, moja grupa ma najbliższy taki zaklad w odległości ponad 300 km od domu, więc nieczęsto bywają. Tymczasem dzwoni mój mąż: "czy mogłabys przyjść i otworzyć nas, bo zamknęłaś drzwi wychodząc, a ja nie mam klucza". Rzeczywiście, wybiegając rano z domu zamknęłam pewnie drzwi automatycznie, można je otworzyć od wewnątrz, tylko trzeba mieć czym. Zła byłam, ale pobiegłam, co było robić, jeszcze Marta o mało się nie spóźniła na zbiórkę. Dobrze, ze blisko mieszkamy.

Potem pojechaliśmy na cmentarz. Tam spotkaliśmy pana, ktory najpierw był bardzo miły, przedstawił się, jako twórca przedstawienia, które będzie wieczorem, a na koniec z głupia frant powiedział "oprócz tego, że jestem dyrektorem, to jestem też posłem. Rządzę Polską". Tacy ludzie rządzą Polską.

Na cmentarzu trafiliśmy akurat na moment, kiedy przyjechała p. Kaczyńska położyć wieniec, i nas zaangażowano do robienia jej tła. Oczywiście ona tego wieńca nie kładzie, tylko kto inny kładzie, a ona tylko poprawia szarfę i wtedy robią jej zdjęcia. We wszystkich serwisach informacyjnych pisali, że p. Kaczyńska zwiedzała cmentarz. Ja dziękuję za takie zwiedzanie. Przeszła bez zatrzymywania z obstawą, zza której nic nie widziała (ona drobniutka jest), poprawiła tę szarfę, i z powrotem.  

Nastęnie pojechaliśmy na Wysoki Zamek. Jeden chłopczyk upadł tam przy schodzeniu i potłukł się, potem zrobilo mu się słabo i ręka mu spuchła. Na szczęście w centrum już czekała karetka (na wszelki wypadek, tysiąc dzieci w operze), więc go tam obejrzeli, prześwietlili, na szczęście okazało się, ze to nic groźnego. 

Reszta grupy w tym samym czasie poszła asystować przy składaniu kwiatów pod pomnikiem Mickiewicza. Zastanawiałam się, komu to jest potrzebne, bo chyba nie dzieciom, ani tej biednej Kaczyńskiej, która po takim "zwiedzaniu Lwowa" jest pewnie teraz nie mniej wykończona niż ja. Czekaliśmy kilkanaścieminut w słoncu, i to tylko dlatego, że przez ten wypadek się sporo spóźniliśmy. Prezydentowa spóźniła się jeszcze bardziej sporo. A Ci, co byli o czasie... 

Po pomniku mieliśmy jeszcze zwiedzać, ale dzieci już były wykończone i należał się im odpoczynek. Poszliśmy więc do spożywczego po lody i zjedliśmy siedząc na ławeczkach na Starówce. Ze zwiedzania zwiedziliśmy tylko katedrę i kawałek Rynku, i poszliśmy do teatru na "Pyzę na polskich dróżkach".

 

A my, przewodnicy-wolontariusze, zebraliśmy sie przed teatrem, gdzie grała orkiestra dęta, i zaczęliśmy sobie opowiadać, kto jakie miał przygody. Wygrała Teresa, w jej grupie było dziecko, które przy wejściu do teatru zapytało: "a w tym zooparku jest dużo zwierząt?". 

Przosiaedziałyśmy trochę w knajpie, która mieści się w piwnicach opery, a potem ja wyszłam zapytać, ile jeszcze będzie trwało to przedstawienie, i akurat wpdałam na Kaczyńską wychodzącą. Rękę mi uścisnęła. Wyglądała ona dość sympatycznie, na taką skromną i pogodną. 

 

Bardzo mile będę wspominać bukowińskie dzieci. Miłe, grzeczne, serdeczne. Kiedy byliśmy w katedrze, opowiadałam im o ślubach Jana Kazimierza i mowię, że kiedy będą starsi, to może przeczytają o tym w "Potopie". A tu mnie jeden chłopczyk szturcha z boku: "proszę pani, proszę pani, a ja mam tę książkę. Mnie wujek podarował. Ona taka gruba".  

 

 

dodano 2.06: zdjęcia na stronie prezydent.pl

21:55, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (6) »
niedziela, 31 maja 2009

Wróżka Elwira zawiadamia: Ktoś ponownie wpisał Twój numer gadu-gadu używając opcji "RZUĆ KLĄTWĘ". Szczegły: http://www.wrozkaelwira..."

Niby nikt nie był niezadowolony z oprowadzania, a na listy staram się odpowiadać regularnie... Zaglądam na www.wrozkaelwira: ABY ZDJĄĆ KLĄTWĘ - KLIKNIJ TUTAJ! ABY RZUCIĆ KLĄTWĘ - KLIKNIJ TUTAJ!

Jeśli chcesz zdjąć z siebie domniemaną klątwę, wyslij sms-a pod numer ...
Jeśli chcesz poznać imię osoby która rzuciła klątwę, wyślij smsa pod numer ...
Jeśli chcesz dowiedziec się co wpisano jako powód rzucenia klątwy, wyślij smsa pod numer ...
Jeśli chcesz poznać numer gg (lub adres email) osoby która rzuciła klątwę, wyślij smsa pod numer  ...
Aby otrzymac prezent od Elwiry (amulet szczęścia na telefon komórkowy), wyslij sms-a pod numer  ...

Usługa dostępna dla osób pełnoletnich.
Jeśli masz mniej niż 18 lat - NATYCHMIAST OPUŚĆ TEN SERWIS!
Sms wysyłasz na WŁASNĄ odpowiedzialność!
Ten serwis służy rozrywce - wysyłając oświadczasz że nie będziedsz rościł do organizatora żadnych pretensji o odszkodowanie.
Robisz to dobrowolnie i na własną odpowiedzialność.
Koszt wysłania SMS to jedynie 9 zł netto (10,98 pln z VAT)

 

Paczka zapałek wychodzi jednak taniej. 

13:38, pani-z-warszawy , _życie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2009

Było po 23-ej. Zazwyczaj nie chodzimy tak wcześnie spać, ale tego dnia położyliśmy się wcześniej. Nagle ze snu wyrwał nas dzwonek telefonu.

- Krzysztof Lang do Ciebie dzwoni. - mąż szturchnął mnie łokciem.  

- Halo.

- Kasia, idziesz z nami na piwo? Jesteśmy we Lwowie, 20 metrów od twojego domu. 

Zatkało mnie. Trochę byłam zbyt zaspana, żeby skorzystać z propozycji. Na szczęście nastepnego dnia znów zadzwonił. Tym razem z inną  propozycją: wyjazdu do Drohobycza. Na godzinę. Wybieglam z domu prawie jak stałam, bez kurtki, bez parasola, bez niczego, bo i zresztą była ładna pogoda i nic nie zapowiadało deszczu. Celem wyjazdu miał być rekonesans przed nowym filmem, który być może powstanie, znalezienie bohatera - młodego pejzażysty. 

Zanim jednak dotarliśmy do Drohobycza, rozpadało się.  Nikt z nas nie miał parasola. Krzysztof Lang kupił jedną parasolkę za 50 hr, a potem poszliśmy szukać drugiej, tańszej. Cały czas padało. W sklepie "Anna" na drohobyckim rynku nudziły się trzy ekspedientki. Weszliśmy, i KL przywitał się słowami: - Chcielibyśmy parasolkę, ale tylko taką za 25 hrywien. - Panie nie miały takiej, najtańsza kosztowała 45 hr. KL zaproponował, że ją pożyczymy, a potem odniesiemy, jak przestanie padać. Panie zaczęły szukać na zapleczu jednej uszkodzonej, którą miały i chciały nam podarować, ale nie znalazły. Stanęło na tym, że wypożyczyły nam parasolkę. KL jednak na wszelki wypadek zapłacił za nią, gdybyśmy nie zdążyli zwrócić.  15 minut później przestało padać i parasolka wróciła do sklepu. Nadal można ją kupić! Może i jest używana, ale przez kogo!

Przy okazji Krzysztof Lang wypytał panie, czy nie znają żadnego miejscowego malarza. Nie znały, ale skierowały nas do sklepu "Hobby". Sklep był już zamknięty, ale obok był otwarty jeszcze zakład fryzjerski. Pani fryzjerka wyszła do nas i nawet zadzwoniła do właścicielki "Hobby". Ta już chciała brać taksówkę i przyjeżdżać, więc zadzwoniliśmy do niej jeszcze raz, żeby się nie fatygowała, bo nie chcemy nic kupić, a jedynie dowiedzieć się o tego malarza. Pani malarza nie znała, znał jej tato, ale akurat był na działce, nieosiągalny telefonicznie. Pani fryzjerka za to zaproponowała, że ostrzyże naszego reżysera. Spojrzał na nią z uśmiechem, który, według moich domysłów mowił "jakby tu odmówić, żeby pani nie urazić", i wreszcie odparł: - Ale ja nie mogę. Mnie strzyże tylko jedna kobieta. - Fryzjerka więcej nie nalegała. Poszliśmy "w Drohobycz" nagabując po drodze przechodniów, czy nie znają malarza. Nie znali. Drohobycz jest fantastycznym miastem, pełnym urokliwych zaułków, i śladów dawnej świetności. Krzysztof Lang robił zdjęcia i kręcił krótkie ujęcia, ale nie zabytków, a panienki myjącej mopem podłogę w salonie piękności, w bluzce z napisem Italy na plecach. Kilku pań w średnim wieku, które szły z ogromnymi bukietami kwiatów. Tego, co mnie się już wydaje zwyczajne, a kiedyś takim nie było. Zachwyt codziennością. Adrian dodzwonił się do jakiejś pani, Polki, która sama maluje. Nie była jednak młoda. A żadnego innego malarza nie znała, przynajmniej tak stwierdziła. 

Potem nasz kierowca (lwowski) szukał nas po Drohobyczu, bo odeszliśmy kawałek od miejsca, w którym go zostawiliśmy. W drodze powrotnej chcieliśmy jeszcze zobaczyć gimnazjum, w którym uczył Schulz, ale nikt z nas nie wiedział, gdzie ono się znajduje. Potem w internecie przeczytałam, że jednak je mijaliśmy nieświadomie. Znaleźliśmy za to (przypadkiem) Pałac Sztuki. Była tam jakaś pani, która znała drohobyckiego malarza, bardzo dobrego, "tylko że on mieszka we Lwowie".

 

Tak się skończyła wycieczka. Tak się zaczyna film. 

 

Potem było jeszcze wspólne oglądanie meczu (KL kibicował Barcelonie), a skończyło się wszystko o 2.oo w kawiarni na Starówce, gdzie w deszczu i chłodzie, pod rozłożystymi parasolami, owinięci w koce, jedliśmy lody i piliśmy wódkę z Ukraińcami.   

 

20:59, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14