Ostatnie wpisy
Zakładki:
1-wschód
2-południe
3-zachód
4-północ
Emigranci
Inne ciekawe
Lwów
Warszawa
lwow.info on Facebook
|
poniedziałek, 24 maja 2010
Blog o Lwowie i Kresach wraca, ale w nieco innej formie - bardziej fotograficznej, niż opisowej. Możliwe, że będą się powtarzać zdjęcia, które widzieliście już tu - bo będę także wyciągać z archiwum. Ale będą i nowe.
Stałych bywalców i niestałych wielbicieli zapraszam do okienka z widokiem na Kresy: fotokresy.blogspot.com
poniedziałek, 29 marca 2010
Rodacy! W zeszłym roku reaktywował swoją działalność legendarny klub sportowy Pogoń Lwów, klub, który zapisywał pierwsze karty w historii polskiego futbolu. Klub zgłosił swój udział w konkursie, w którym główną nagrodą jest komplet strojów piłkarskich. W tej chwili jest na 4. miejscu w rywalizacji, która polega na glosowaniu internetowym. Do faworyta brakuje nam TYLKO 60 głosów - każdy głos się liczy! Aby zagłosować, należy założyć konto w sklepie neosport - organizatora konkursu. 1 kwietnia rozpocznie się druga tura konkursu, faza finałowa, do której przejdzie 10 drużyn. Głosy zdobyte w tej turze decydują o wygranej: 1. miejsce: Komplet 16 strojów piłkarskich (koszulka, spodenki, getry) marki Zina, Regio lub Puma. 2. miejsce: Zestaw 5 piłek marki Nike. 3. miejsce: Zestaw 3 piłek marki Nike. Miejsca 4-10: 1 piłka dla każdego klubu.
W każdej turze można głosować tylko raz. Konkurs trwa do 30 kwietnia. Strona konkursu: http://www.neosport.pl/Druzyna-neosport-pl-druga-edycja-cinfo-pol-183.html
niedziela, 07 marca 2010
Zapraszam ponownie do okienka z widokiem na Kresy - tym razem w innej nieco formule. Będzie mniej osobiście, bardziej skrótowo, dużo zdjęć! - a wszystko na mojej stronie firmowej na facebooku.
sobota, 17 października 2009
Pojawiam się na monet, żeby znowu zniknąć. Pojawiam się, żeby wyjaśnić i może także przeprosić czytelników tego bloga. Piszę, bo zadzwonił do mnie Krzysztof Lang i powiedział, że nie odchodzi się bez pożegnania.
Podjęłam decyzję, że więcej nie będę tu pisać. Nie z kokieterii, nie po to, żeby usłyszeć od Was, że ten blog był czytany i jest potrzebny. Wiem, że wiele osób chętnie by przez to okienko nadal zaglądało do Lwowa. Dla wielu jednak, i coraz to nowych osób ten blog był krzywym zwierciadłem, w którym widzieli siebie samych. "Tylko nie zamieszczaj mojego zdjęcia". "Tylko nie pisz o mnie". "Tylko nie pisz tego, co powiedziałem". "Uważaj, co mówisz, ona to potem opisze". "Napisałaś, że rok temu piłam koniak w lwowskiej kawiarni... no wiesz!". Nie czuje się szczególnie winna, bo nikogo tu nie pozbawiłam dobrego imienia, ale nie chcę się czuć jak paparazzi, ani nie chcę pisząc co słowo się zastanawiać, czy kogoś nie obrażę. To nie miał być reportaż ze Lwowa, ani zbiór esejów, ani encyklopedia. To miał być blog, o mnie, o mnie w lwowskiej rzeczywistości. Nie mogę o tym pisać, nie zaczepiając tematu znajomych, ludzi z którymi się spotykam. Dlatego uważam, że formuła bloga się wyczerpała.
Ale Lwów trwa. Do zobaczenia w sieci.
czwartek, 03 września 2009
Dawno mnie tu nie było ;) Właściwie nie było mnie też we Lwowie - byliśmy na wakacjach.
Miałam napisać pierwszego września, ale jakoś nie wyszło... a dziś widzę, że cały czas wisi: "Promocja! Z okazji rozpoczęcia nowego roku nauczania zniżka dla wykładowców i studentów na wino: 3%"
piątek, 07 sierpnia 2009
środa, 05 sierpnia 2009
Od razu przy okazji opisze tu knajpę, w której wczoraj byliśmy. Knajpa nazywa się Pod Złotą Różą (Pid Zołotoju Rozoju) mieści się na końcu ul. Starojewrejskiej (na tyłach arsenału) i nazwą nawiązuje do synagogi, obok ruin której się znajduje. Z idei jest to restauracja z kuchnią żydowską (nie koszerną, pod turystów). Ładnie, nastrojowo urządzone wnętrze, zdobione archiwalnymi fotografiami żydowskiego Lwowa, można sobie zrobić zdjęcie w chasydzkim kapeluszu... zpejsami. Spory ogródek letni. Na wstępie kelnerka przynosi dzbanek z wodą i miednicę - do mycia rąk. Każdy klient dostaje też na początek macę. Największą osobliwością restauracji jest to, że w menu nie ma cen - zamawia się w ciemno. Na koniec można po prostu zapłacić rachunek... albo się targować. W przypadku targowania suma wyjściowa jest o wiele wyższa niż ta z rachunku. Nie polecam też targowania, jeśli ktoś nie jest w tym dobry - mój szwagier ze znajomym zapłacili za dwa piwa 150 hr (ok. 60 zł). My za dwa obiady zapłaciliśmy wczoraj (bez targowania) ok 200 hr (ok. 80 zl). Innym razem piwo, sałatki i przekąski dla 8 osób wyniosły ok. 560 hr (ok. 215 zl). Też bez targowania. Nie obeszło się też bez minusów. Dania przynosili chaotycznie, w kolejnosci ugotowania - najpierw główne, potem przystawkę, jedym od razu, innym po długim oczekiwaniu. Karty przyjmują tylko VISA i Maestro, a i tak terminal nie działał, i trzeba było biegać do bankomatu (!). Goście jednak twierdzili, że jedzenie smaczne (ja jadłam tylko sałatkę, więc trudno oceniać).
Zanim wybierzecie się na Ukrainę z psem, przemyślcie to dwa razy. Ludzie, których wczoraj oprowadzałam, przed przyjazdem dzwonili do ambasady ukraińskiej w Polsce, żeby się dowiedzieć, jakie dokumenty musi mieć pies, żeby przekroczyć granicę. Nikt nic nie wiedział, odesłali ich do służb garnicznych. Tam jednak nikt nie rozmawiał w żadnym innym języku oprócz ukraińskiego. Pani z ambasady okazała się miła i zadzwoniła sama, po czym oddzwoniła, że trzeba mieć paszport dla psa, z wypisanymi szczepieniami i ważnym badaniem weterynaryjnym. Na granicy jednak okazało się inaczej... weterynarz stwierdził, że paszport jest tylko na Unię (nie, żeby puścił bez niego!), a trzeba mieć aktualne zaswiadczenie o stanie zdrowia psa, tylko nie w paszporcie, a na osobnej kartce. Po dłuższych pertrakctacjach zmienił zdanie i puścił. Przekraczanie granicy (bez kolejki!) zajęło 1,5 h. Hotel Grand przyjął psa (nawet bez dodatkowej opłaty, co nie jest bez znaczenia, bo np. hotel Leopolis zażądałby za psa 20 euro!), trzeba było tylko wypełnić ankietę, w której m. in. były pytania o to, czy pies nie hałasuje, nie jest "agresorem" i "nie kusajetsia". Gorzej było z restauracjami i kawiarniami. Nigdzie nie można wejść z psem (przepisy sanitarne), dotyczy to też ogródków! Kilka razy pytaliśmy i nam odmówiono, a nawet jeden pan powiedział, że pies kogoś pogryzie i on będzie odpowiadał. W tym samym czasie psa nastraszył rezydujący w knajpie... kot. W końcu przestaliśmy pytać, czy można, wchodziliśmy, pies siadał pod stołem i udało się zjeść. Zwiedzanie odbywało się na zmianę - druga osoba dyżurowała na zewnątrz z psem. Tylko opera była w pojedynkę, bo kiedy wyszłyśmy i pani miała zamienić się z panem, to on zapytał " - Czy są tam złocenia i czerwone dywany?" "- Są". "- A, no to już takie coś widziałem". Opowiedział też, jak poszedł kiedyś na niezwykle ambitną współczeną operę, która trwała 4 godziny, a bilet kosztował 100 euro. Wyszedł w trakcie pierwszej przerwy "żeby sąsiadom nie przeszkadzało burczenie w moim brzuchu".
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Wczoraj miało miejsce zabawne wydarzenie. Oprowadzałam grupę studentów z Polski, na koniec luźno sobie rozmawialiśmy, jeden chłopak pochwalił się, że znał z internetu zespół grający na ulicy, kupił u nich płytę. A na marginesie dodał, że - Bardzo dużo jest we Lwowie brudnych. - ??? - No, punków, hipisów i takich innych. Pewnie dużo takiej muzyki u was jest? Jakoś nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie, ale zastanowiła mnie całą ta dyskusja. Dopiero wieczorem skojarzyłam dwa fakty. Od piatku do niedzieli w świrżu, miejsowości pod Lwowem słynącej z renesansowego zamku, miał się odbywać festiwal, na który zjechała młodzież z całej Ukrainy. W tym hipisi, punki, i "tacy inni". Jednak już pierwszego dnia okazało się, że obsługa techniczna festiwalu nie otrzymała wypłat, i nie zanosi się na to (ukraina!). W związku z tym już w sobotę zaczęli rozmontowywać sceny, jeszcze niektórzy się załapali, żeby zaśpiewać, a w niedzielę nie było juz nic, i całe to festiwalowe towarzystwo zjechało do Lwowa i rozłożyło się na trawnikach w centrum miasta.
Pozostając jeszcze chwilę w temacie, zmarł lider legendarnej ukraińskiej grupy rockowo-punkowo-bluesowo-folkowo-jakiejśtam "Braty Hadiukiny", Serhij Kuzmynśkyj. Ja nie do konca jestem fanką takiej muzyki, ale trzeba przyznać, że jest to rzeczywiscie zespół godny uwagi. Powstał we Lwowie w 1988 r., na kilka lat przed rozpadem ZSRR. Już w następnym roku dał się zauważyć na festiwalu w Moskwie, po tym jak rozruszał znudzoną rosyjskimi utworami publiczność. Udany debiut potwiedzilo zdobycie II-go miejsca na prestiżowym festiwalu "Czerwona Ruta" w Czerniowcach. Gigantyczny sukces B.H. polegał na tym, że zaproponowali oni zupełnie nową jakość na scenie muzycznej ZSRR. Wyśmiewali się ze wszystkich i ze wszystkiego, a najbardziej z siebie i ze stereotypów dotyczących Ukrainców. Język, którym śpiewali, był mieszanką ukraińskiego, lwowskiego bałaku i surżyku. Wiele tekstów z piosenek B. H. weszło do języka potocznego. Właśnie teksty były wyjątkowe - nie mowiły o milości, o buncie, o ludzkich uczuciach - tylko o zwyczajnej galicyjskiej rzeczywistości, trochę kiczowatej, trochę wykolejonej przez lata rusyfikacji, potraktowanej przez pryzmat stereotypu, ale swojskiej. Myślę, że każdy Ukrainiec z zachodu mógłby dostrzec w tych tekstach potraktowane z humorem swoje wady i przywary. Kto zna ukrainski, bardzo polecam wczytanie się w te teksty, to naprawdę perelki ;)
Ostatni album grupa nagrała w 1995 r.
sobota, 01 sierpnia 2009
Wpisy pojawiają się coraz rzadziej, i właściwie muszę się przyznać, że znudziło mi się pisanie tego bloga. Za dużo znajomych go czyta, a co gorsza, coraz częściej w rozmowie slyszę "tylko nie opisz tego na blogu" - jakbym tu kogoś obsmarowała, albo wydała najskrytsze tajemnice. Może formuła tego bloga już się wyczerpała? Może powinnam przestać pisać i ... pojawić się anonimowo w zupełnie innym miejscu?
*** Czytałam ostatnio trochę o Witkacym, przypadkiem trafiłam na jakiś artykuł, potem kolejny. W jedym z nich została wysunięta teza, że Witkacy wcale nie popełnił samobójstwa, że byla to tylko kolejna mistyfikacja z jego strony. Na wieść o wybuchu wojny Witkacy wraz ze swoją długoletnią kochanką, Czeławą Oknińską opuszcza Warszawę i udaje się na wschód. 18.09.39 r. w majątku Wielkie Jeziora dociera do nich wieść o tym, że Armia Czerwona przekroczyła granice polską. Witkacy zabiera Czesławę na spacer do lasu, z którego wraca ona sama, pod wpływem mocnych środków uspokajających, twierdząc, że Witkacy podciął sobie tętnicę szyjną i zmarł. Ona miała też popełnić samobójstwo, ale zwymiotowała cześć zażytych leków. Jest jednak w kiepskim stanie, zapada w sen i budzi się dopiero po pogrzebie. Wiele elementów tej historii budzi zastrzeżenia. Jedyną osobą, która widziała zwloki Witkacego, był właściciel majątku, który miał znaleźć artystę w lesie. Czy to nie dziwne, że tylko on poszedł go szukać? Że nikt nie widzial ciała przed pogrzebem, w jego trakcie? Sama Oknińska wielokrotnie opowiadała o tych wydarzeniach później, za każdym razem podając... nieco inna wersję. Po wojnie odebrała od dentysty sztuczna szczękę Witkacego, której on sam nie zdążył zabrać przed wojną. Po co jej była? Sprzedawała także obrazy namalowane przez Witkacego, które według innego źródła miały zostać zniszczone w czasie Powstania Warszawskiego. Zainteresowanie budzi także fakt, że kiedy wyekshumowano grob w Wielkich Jeziorach w 1988 r., nie znaleziono w nim szczątków Witkacego, a jakiejś młodej kobiety. Potwierdziła to oficjalnie ekspertyza po kolejnej ekshumacji, juz z cmentarza zakopiańskiego. Jaka by nie była prawda, sprawa jest zagadkowa. Jeszcze jedna ciekawostka; Witkacy początkowo nie chodził do szkoły, a pobierał nauki w domu. Jednak w 1897r. (chyba) zdal do II kl. szkoły realnej we Lwowie. Nie uczęszczał regularnie na zajęcia, tylko zdawał egzaminy jako ekstern. Ciekawe, która to była szkoła? | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||