| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            



lwow.info on Facebook


Related Posts with Thumbnails
środa, 20 lutego 2013

Zapraszam do lektury bloga na stronie www.lwow.info

22:11, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 czerwca 2009

Konsulat zorganizował taką imprezę, już po raz drugi - pierwszy był dwa lata temu. Idea jest taka, że na Dzień Dziecka zjeżdżają do Lwowa dzieci z polskich rodzin z różnych miejscowości położonych bliżej lub dalej od Lwowa, mają wycieczkę po mieście, wizytę w McDonaldzie, a po południu przedstawienie w gmachu Opery. W obchodach bierze udział ok. 1000 dzieci. 

Marta poszła ze swoją klasą, ja pracowałam jako przewodnik-wolontariusz. Tym razem konsulat dał nam dużo swobody, w porównaniu do poprzedniej imprezy, kiedy wszystko było rozpisane co do 15 minut - miałam tylko o określonej godzinie być w McDonaldzie i pod pomnikiem Mickiewicza, resztę czasu mogłam zaplanować dowolnie sama. 

Moja grupa miała numer 1, przyjeżdżała chyba pierwsza, o 8.oo, pociągiem. Dzieci były z dwóch parafii na Bukowinie - Piotrowce Dolne i Stara Huta. Przyjechały z siostrą i opiekunkami. Obawiałam się, czy będą się porozumiewać po polsku, ale okazało się, że polski znają doskonale, a mówiły piękną gwarą bukowińską, która jest mieszanką gwary śląskiej, XVIII-w. polszczyzny i innych naleciałości. Bardzo miła dla ucha, choć nie zawsze łatwa w zrozumieniu, czego siostra, pochodząca z Polski doświaczyła na poczatku swojego pobytu tam. Jakaś dziewczynka coś jej opowiadała, opowiadała, a ona nie mogła zrozumieć sensu. W końcu dziewczynka popatrzyła na nią i spytała: "a wyście to się na pewno w Polsce rodzili?"   

Powinnam była zacząć jednak od tego, że jakiś miałam pechowy dzień. Źle sobie wczoraj ustawiłam budzik i wstałam przekonana, że mam mnóstwo czasu. Wyleciałam jak oparzona z domu o 7.45. Taksówka, i zdążyłam, na styk. Pod dworcem miał czekać autobus, miałam telefon do kierowcy. W telefonie była jednak pomyłka, i odebrała jakaś pani, która nie miała o niczym pojęcia. Jakoś się odnaleźliśmy, a kierowca na starcie pyta mnie o umowę z firmą turystyczną. Ja kwadratowe oczy, a on, okazuje się, nic nie wie, ani dla kogo pracuje, ani po co, nic. Poradziłam mu, zeby zadzwonił do tego, kto go wynajął i dowiedział się, bo, a nuż, pracuje jako wolontarusz, jak ja? To go zdopingowało. 

Pojechaliśmy zwiedzić cerkiew św. Jura, poprosiłam, zeby stanał przy chodniku, żeby dzieci nie musiały wychodzić na ulicę. Dobrze, dobrze - a staje przy wysepce na środku skrzyżowania. I cały dzień były takie atrakcje - potem brakowało mu czegoś w papierach i tłumaczył się, że ma, doniesie, potem wiózł nas naokoło przez korki, bo mu się krótsza droga nie podobała, i tak dalej. 

Pod cyrkiem był punkt zaopatrzeniowy, gdzie dostaliśmy koszulki z logo imprezy, książeczki, biało-czerwone szarfy i wodę. 

Następny punkt - McDonalds. Dla dzieci atrakcja, moja grupa ma najbliższy taki zaklad w odległości ponad 300 km od domu, więc nieczęsto bywają. Tymczasem dzwoni mój mąż: "czy mogłabys przyjść i otworzyć nas, bo zamknęłaś drzwi wychodząc, a ja nie mam klucza". Rzeczywiście, wybiegając rano z domu zamknęłam pewnie drzwi automatycznie, można je otworzyć od wewnątrz, tylko trzeba mieć czym. Zła byłam, ale pobiegłam, co było robić, jeszcze Marta o mało się nie spóźniła na zbiórkę. Dobrze, ze blisko mieszkamy.

Potem pojechaliśmy na cmentarz. Tam spotkaliśmy pana, ktory najpierw był bardzo miły, przedstawił się, jako twórca przedstawienia, które będzie wieczorem, a na koniec z głupia frant powiedział "oprócz tego, że jestem dyrektorem, to jestem też posłem. Rządzę Polską". Tacy ludzie rządzą Polską.

Na cmentarzu trafiliśmy akurat na moment, kiedy przyjechała p. Kaczyńska położyć wieniec, i nas zaangażowano do robienia jej tła. Oczywiście ona tego wieńca nie kładzie, tylko kto inny kładzie, a ona tylko poprawia szarfę i wtedy robią jej zdjęcia. We wszystkich serwisach informacyjnych pisali, że p. Kaczyńska zwiedzała cmentarz. Ja dziękuję za takie zwiedzanie. Przeszła bez zatrzymywania z obstawą, zza której nic nie widziała (ona drobniutka jest), poprawiła tę szarfę, i z powrotem.  

Nastęnie pojechaliśmy na Wysoki Zamek. Jeden chłopczyk upadł tam przy schodzeniu i potłukł się, potem zrobilo mu się słabo i ręka mu spuchła. Na szczęście w centrum już czekała karetka (na wszelki wypadek, tysiąc dzieci w operze), więc go tam obejrzeli, prześwietlili, na szczęście okazało się, ze to nic groźnego. 

Reszta grupy w tym samym czasie poszła asystować przy składaniu kwiatów pod pomnikiem Mickiewicza. Zastanawiałam się, komu to jest potrzebne, bo chyba nie dzieciom, ani tej biednej Kaczyńskiej, która po takim "zwiedzaniu Lwowa" jest pewnie teraz nie mniej wykończona niż ja. Czekaliśmy kilkanaścieminut w słoncu, i to tylko dlatego, że przez ten wypadek się sporo spóźniliśmy. Prezydentowa spóźniła się jeszcze bardziej sporo. A Ci, co byli o czasie... 

Po pomniku mieliśmy jeszcze zwiedzać, ale dzieci już były wykończone i należał się im odpoczynek. Poszliśmy więc do spożywczego po lody i zjedliśmy siedząc na ławeczkach na Starówce. Ze zwiedzania zwiedziliśmy tylko katedrę i kawałek Rynku, i poszliśmy do teatru na "Pyzę na polskich dróżkach".

 

A my, przewodnicy-wolontariusze, zebraliśmy sie przed teatrem, gdzie grała orkiestra dęta, i zaczęliśmy sobie opowiadać, kto jakie miał przygody. Wygrała Teresa, w jej grupie było dziecko, które przy wejściu do teatru zapytało: "a w tym zooparku jest dużo zwierząt?". 

Przosiaedziałyśmy trochę w knajpie, która mieści się w piwnicach opery, a potem ja wyszłam zapytać, ile jeszcze będzie trwało to przedstawienie, i akurat wpdałam na Kaczyńską wychodzącą. Rękę mi uścisnęła. Wyglądała ona dość sympatycznie, na taką skromną i pogodną. 

 

Bardzo mile będę wspominać bukowińskie dzieci. Miłe, grzeczne, serdeczne. Kiedy byliśmy w katedrze, opowiadałam im o ślubach Jana Kazimierza i mowię, że kiedy będą starsi, to może przeczytają o tym w "Potopie". A tu mnie jeden chłopczyk szturcha z boku: "proszę pani, proszę pani, a ja mam tę książkę. Mnie wujek podarował. Ona taka gruba".  

 

 

dodano 2.06: zdjęcia na stronie prezydent.pl

21:55, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (6) »
niedziela, 31 maja 2009

Wróżka Elwira zawiadamia: Ktoś ponownie wpisał Twój numer gadu-gadu używając opcji "RZUĆ KLĄTWĘ". Szczegły: http://www.wrozkaelwira..."

Niby nikt nie był niezadowolony z oprowadzania, a na listy staram się odpowiadać regularnie... Zaglądam na www.wrozkaelwira: ABY ZDJĄĆ KLĄTWĘ - KLIKNIJ TUTAJ! ABY RZUCIĆ KLĄTWĘ - KLIKNIJ TUTAJ!

Jeśli chcesz zdjąć z siebie domniemaną klątwę, wyslij sms-a pod numer ...
Jeśli chcesz poznać imię osoby która rzuciła klątwę, wyślij smsa pod numer ...
Jeśli chcesz dowiedziec się co wpisano jako powód rzucenia klątwy, wyślij smsa pod numer ...
Jeśli chcesz poznać numer gg (lub adres email) osoby która rzuciła klątwę, wyślij smsa pod numer  ...
Aby otrzymac prezent od Elwiry (amulet szczęścia na telefon komórkowy), wyslij sms-a pod numer  ...

Usługa dostępna dla osób pełnoletnich.
Jeśli masz mniej niż 18 lat - NATYCHMIAST OPUŚĆ TEN SERWIS!
Sms wysyłasz na WŁASNĄ odpowiedzialność!
Ten serwis służy rozrywce - wysyłając oświadczasz że nie będziedsz rościł do organizatora żadnych pretensji o odszkodowanie.
Robisz to dobrowolnie i na własną odpowiedzialność.
Koszt wysłania SMS to jedynie 9 zł netto (10,98 pln z VAT)

 

Paczka zapałek wychodzi jednak taniej. 

13:38, pani-z-warszawy , _życie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2009

Było po 23-ej. Zazwyczaj nie chodzimy tak wcześnie spać, ale tego dnia położyliśmy się wcześniej. Nagle ze snu wyrwał nas dzwonek telefonu.

- Krzysztof Lang do Ciebie dzwoni. - mąż szturchnął mnie łokciem.  

- Halo.

- Kasia, idziesz z nami na piwo? Jesteśmy we Lwowie, 20 metrów od twojego domu. 

Zatkało mnie. Trochę byłam zbyt zaspana, żeby skorzystać z propozycji. Na szczęście nastepnego dnia znów zadzwonił. Tym razem z inną  propozycją: wyjazdu do Drohobycza. Na godzinę. Wybieglam z domu prawie jak stałam, bez kurtki, bez parasola, bez niczego, bo i zresztą była ładna pogoda i nic nie zapowiadało deszczu. Celem wyjazdu miał być rekonesans przed nowym filmem, który być może powstanie, znalezienie bohatera - młodego pejzażysty. 

Zanim jednak dotarliśmy do Drohobycza, rozpadało się.  Nikt z nas nie miał parasola. Krzysztof Lang kupił jedną parasolkę za 50 hr, a potem poszliśmy szukać drugiej, tańszej. Cały czas padało. W sklepie "Anna" na drohobyckim rynku nudziły się trzy ekspedientki. Weszliśmy, i KL przywitał się słowami: - Chcielibyśmy parasolkę, ale tylko taką za 25 hrywien. - Panie nie miały takiej, najtańsza kosztowała 45 hr. KL zaproponował, że ją pożyczymy, a potem odniesiemy, jak przestanie padać. Panie zaczęły szukać na zapleczu jednej uszkodzonej, którą miały i chciały nam podarować, ale nie znalazły. Stanęło na tym, że wypożyczyły nam parasolkę. KL jednak na wszelki wypadek zapłacił za nią, gdybyśmy nie zdążyli zwrócić.  15 minut później przestało padać i parasolka wróciła do sklepu. Nadal można ją kupić! Może i jest używana, ale przez kogo!

Przy okazji Krzysztof Lang wypytał panie, czy nie znają żadnego miejscowego malarza. Nie znały, ale skierowały nas do sklepu "Hobby". Sklep był już zamknięty, ale obok był otwarty jeszcze zakład fryzjerski. Pani fryzjerka wyszła do nas i nawet zadzwoniła do właścicielki "Hobby". Ta już chciała brać taksówkę i przyjeżdżać, więc zadzwoniliśmy do niej jeszcze raz, żeby się nie fatygowała, bo nie chcemy nic kupić, a jedynie dowiedzieć się o tego malarza. Pani malarza nie znała, znał jej tato, ale akurat był na działce, nieosiągalny telefonicznie. Pani fryzjerka za to zaproponowała, że ostrzyże naszego reżysera. Spojrzał na nią z uśmiechem, który, według moich domysłów mowił "jakby tu odmówić, żeby pani nie urazić", i wreszcie odparł: - Ale ja nie mogę. Mnie strzyże tylko jedna kobieta. - Fryzjerka więcej nie nalegała. Poszliśmy "w Drohobycz" nagabując po drodze przechodniów, czy nie znają malarza. Nie znali. Drohobycz jest fantastycznym miastem, pełnym urokliwych zaułków, i śladów dawnej świetności. Krzysztof Lang robił zdjęcia i kręcił krótkie ujęcia, ale nie zabytków, a panienki myjącej mopem podłogę w salonie piękności, w bluzce z napisem Italy na plecach. Kilku pań w średnim wieku, które szły z ogromnymi bukietami kwiatów. Tego, co mnie się już wydaje zwyczajne, a kiedyś takim nie było. Zachwyt codziennością. Adrian dodzwonił się do jakiejś pani, Polki, która sama maluje. Nie była jednak młoda. A żadnego innego malarza nie znała, przynajmniej tak stwierdziła. 

Potem nasz kierowca (lwowski) szukał nas po Drohobyczu, bo odeszliśmy kawałek od miejsca, w którym go zostawiliśmy. W drodze powrotnej chcieliśmy jeszcze zobaczyć gimnazjum, w którym uczył Schulz, ale nikt z nas nie wiedział, gdzie ono się znajduje. Potem w internecie przeczytałam, że jednak je mijaliśmy nieświadomie. Znaleźliśmy za to (przypadkiem) Pałac Sztuki. Była tam jakaś pani, która znała drohobyckiego malarza, bardzo dobrego, "tylko że on mieszka we Lwowie".

 

Tak się skończyła wycieczka. Tak się zaczyna film. 

 

Potem było jeszcze wspólne oglądanie meczu (KL kibicował Barcelonie), a skończyło się wszystko o 2.oo w kawiarni na Starówce, gdzie w deszczu i chłodzie, pod rozłożystymi parasolami, owinięci w koce, jedliśmy lody i piliśmy wódkę z Ukraińcami.   

 

20:59, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 maja 2009
 
1 Francuz = pułkownik
2 = pojedynek
3 = klub artstyczny

1 Rosjanin = pijak
2 = draka
3 = partia polityczna

1 Anglik = gentelman
2 = klub
3 = mecz

1 Żyd = przedsiębiorca
2 = turniej szachowy
3 = gabinet ministrów

1 Zakarpatyczyk = przemytnik
2 = brygada budowlana w Portugalii
3 = nie bywa, bo trzeci zawsze jest Węgrem albo Słowakiem

1 Ukrainiec = powstaniec
2 = oddział powstańczy
3 = oddział powstańczy ze zdrajcą
19:08, pani-z-warszawy , bez kontekstu
Link Komentarze (6) »

Dzień 1, sobota.

Wracam z Winnik, z całodziennego objazdu podlwowskich zamków i uciekania przed deszczem (udanego). Jest godzina 18.30, dzwoni mąż. - Gdzie jesteś? - Dojeżdżam do Lwowa. - Przyjechać po Ciebie? - Nie trzeba. Postanowiłam zajrzeć jeszcze do Natalii, która dopiero zabrała grupę na Cmentarz Łyczakowski. Godz. 20.oo, dzwoni mąż. - Gdzie jesteś? - Na cmentarzu. - Na jakim znowu cmentarzu?! - Łyczakowskim. Z Natalią. - Idziecie na kawę? - Pewnie tak. Godz. 21.oo. jesteśmy w centrum, po kawie, serniku, koniaku i pielmieniach. Natalia idzie do kina z mężem, ja do domu. Po drodze spotykam jeszcze dwójkę znajomych (też idą do kina), i Zuzę (pije koniak z koleżanką w kawiarni pod moim domem, przyłączam się). Godz. 23.oo - dzwoni mąż. - Chciałem tylko zapytać, czy wszystko w porządku?

Dzień 2, niedziela. 

Rano spotkanie z grupą. Wchodzę do autobusu, uczestnicy wycieczki: - O, ciężka noc była! Zwiedzanie kończy się w połowie dnia, wracam do domu, bo mam jeszcze dziś oddać artykuł do Kuriera Galicyjskiego. Dzwoni Zuza. - Jesteś w domu? Mam dzisiaj imieniny, nie chcesz ze mną wypić wina? - Dlaczego nie powiedziałaś wczoraj, że masz imieniny? - Nie wiedziałam. Zuza przychodzi z butelką białego wina i wędzonym serkiem. Siedzimy do 23.oo. O 00.oo wysyłam felieton do Kuriera zrodzony w mękach, a częściowo skopiowany ze starszych wpisów na bloga i idę spać z kacem moralnym.

Dzień 3, poniedziałek.

Do kaca moralnego dołącza alkoholowy. Dziś obiecałam Marty klasę oprowadzić po Cmentarzu Łyczakowskim. Jedziemy, przed wejściem powtórka, czego nie można robić na cmentarzu - biegać, krzyczeć - dzieci wiedzą, ale są bardzo żywe, nie moga się powstrzymać. Przy każdym ciekawszym nagrobku stajemy i dyskutujemy, zadaję im pytania: - Kim był Iwan Franko? - Bokserem! - Wykrzykuje ktoś i już wszyscy powtarzają za nim. Każdy chce coś powiedzieć, wykazać się, tym bardziej, że na koniec ma być niespodzianka. Recytują wiersze - Marii Konopnickiej, Władysława Bełzy. Na koniec wszystkim daję czekoladki za dobre odpowiedzi. "Obyś cudze dzieci uczył" - rozumiem... Wracamy do domu, ja zupełnie bez sił. Kładę się poczytać i zasypiam. 

Ciężkie jest życie przewodnika.  

16:52, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 maja 2009

Po Malechowie pojechaliśmy do Dublan, które są słynne z Akademii Rolniczej. O Dublanach pisałam już wczesniej: tu i tu. Nigdy jednak nie byłam w Dublanach. Naszym celem był właściwie ten cmentarz, ktory okazał się nieciekawy, ale to co zobaczyliśmy, zachwyciło nas. Poniżej gmachy, które pewne należały pierwotnie do Akademii Rolniczej:

 

 

 

 

 

 

Na cmentarzu spotkaliśmy jakiegoś miejscowego na rowerze, którego zaczęliśmy rozpytywać o różne miejsca, co wzbudziło jego nieufność. Myślał, że szukamy skarbów, i nie przekonało go, że mamy takie krajoznawcze zainteresowania. "Gdybyście byli ze mną szczerzy, to może bym się przed wami otworzył i powiedział wam więcej" - sam chyba zaliczał się  do tzw. "czarnych archeologów", bo wspominał, ze niedawno w Dublanach odkryto bunkier (kryjówkę) UPA i jemu "dostała się torba". 

Powiedział nam też, gdzie był park, stary cmentarz, ktory za czasów sowieckich znalazł sie pod drogą i cały czas się tam znajduje, a także opowiedział o jakimś inzynierze, który dla jakiegoś hrabiego zrobil wodociąg, ktorym woda miała docierać do jego majatku w Dublanach ze źródła w Brzuchowicach. Kiedy wodociąg byl już wybudowany, inzynier oznajmil, ze za trzy dni dotrze woda. Jednak minęły trzy dni i wody nie było. Inżynier popełnił samobójstwo, sądząc, że jego praca nie przyniosła rezultatu. Po dwóch dniach zjawiła się woda - po prostu źle oszacował czas, w którym woda dojdzie ze źródła... Nazwisk pan nie pamiętał, i trochę myliły mu się daty, ale sporo wiedział. Nie przedstawił się nam też, tylko powiedział, że gdybyśmy chcieli się czegoś dowiedzieć o Dublanach, to on mieszka pod 1. 

22:20, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (3) »

Bylem wczoraj w DAI (drogowka). 2 tyg temu zatrzymano mnie i spisano protokol podpisania ktorego odmowilem (w protokole napisane bylo ze wyprzedzalem mniej niz 50m do przejscia dla pieszych). Nie bylem pewien czy ma inspektor racje dlatego odrazu zaproponowalem ze dam 50uah i pojade sobie dodomu (wracalem ok 21:00 po meczu w pilke z kolegami). Inspektor jednak chcial pisac no to powiedzialem - ze prosze bardzo ale podpisywac nie bede. W rzeczywistosci na skrzyzowaniu jest przejscie dla pieszych (rog ul.Witowskiego i ul. Bulgarskiej) i przystanek tramwajowy. Ulica ma ok 10m szerokosci i tory tramwajowe w obie strony - blizej do srodka ulicy - tak ze tramwaj mozna objechac po prawej. Kiedy podjezdzalem do skryzowania jechala przede mna "marszrutka" ktora (jak to za zwyczaj bywa) GWALTOWNIE wlaczyla prawy kierunkowskaz i zatrzymala sie na przystanku - mnie odrazu wyprzedzil jakis czarny samochod no a po nim ja objechalem busa - inspektorow na skrzyzowaniu bylo 4 !!! machneli wiec i na niego i na mnie. Po czym on po krotkiej rozmowie odjechal sobie no a ja mialem przyjemnosc siedziec 10min u nich w samocodzie i czekac az spisza dane z moich dokumentow i sam protokol bedzie napisany. Inspektor powiedzial ze obwiniaja mnie w wyprzedzeniu na skrzyzowaniu - zaczal mi pokazywac ksiazeczke Przepisy Ruchu Drogowego - ze nie wolno wyprzedzac w odleglosci mniej niz 50m do przejscia dla pieszych (na terenie zabudowanym). Wyprzedzenie - to manewr ktory wedlug PRD wiazy sie z wyjazdem na przeciwlegly pas. Wiec ja mu - nie wyjezdzalem na przeciwlegly pas, on - ze wyjechalem i ze nie dalo by rade objechac "marszrutke" nie wyjezdzajac na przeciwlegly pas. Ja na to - ze nie podpisze, on na to - ze moje prawo. Spisal protokol, zawolali dwoch osob ktorzy swoimi podpisami zaswiadczyli ze odmowilem podpisania i tyle. Nastepnego dnia pojechalem do nich i napisalem SKARGE - ze sie nie zgadzam, ze inspektor byl uprzedzony i ze nie wyprzedzalem.

    Wczoraj dzwoni do mnie tel - zapraszaja na 20:00 do "komandyra wzwodu". Powiedzialem OK, ale po niedlugim zastanowieniu sie oddzwonilem i powiedzialem ze nie dam rady na 20:00 bo mam wazne spotkanie (czytaj - pilka z kolegami na 19:30) i jak by przynajmniej dzien wczesniej uprzedzili. Powiedzili ze moze byc na 21:00

    Przyjechalem akuranie na 20:59 - przy wejsciu stalo z 8-10 inspektorow i na moj widok zapytali do kogo - odpowiedzialem do pana R. na rozpatrzenie SKARGI i odrazu slysze jak jakies dziewczyny z holu krzycza: "To do nas! My tez na niego czekamy!" Wszedlem do srodka, wsiadlem sobie kolo dziewczyn - okazalo sie ze tez napisali skarge i ze ... czekaja od 20:00 (bo nie mieli waznego spotkania a ja mialem :D) Nie powiedzialem oczywiscie o tym jak zapracowany jestem i dlaczego jestem na 21:00 a nie na 20-ta. W miedzyczasie podsluchalem rozmowe. Jedna z dziewczyn, patrzac sie na zgromadzonych u wejscia inspektorow, opowiadala drugiej (3-cia podtakiwala) jak by to fajnie bylo zabrac od instruktorow jedna taka palke... Bo wedlug niej "pieniadze tam chowaja". Nie odrazu - bo idac do pracy nie moga przy sobie duzo miec, ale jak troche popracuja i uzbieraja to chowaja wlasnie do palki by w wypadku kontroli nie miec nic w kieszeniach.

Kilka minut pozniej wszedl kapitan, pan R. "Kto do mnie?" - powiedzialem ze dziewczyny byly pierwsze no i odsiadlem sie, razem ze mna tez 2 dziewczyny i pozostala tylko 1 - ta co wlasnie skarge pisala.

R: - Czytaj co tam napisalas!

D: .... zaczela czytac swoja skarge no i dalej zrobilo sie wesolo. Nie jestem w stanie tego doslownie opisac, ale okazalo sie ze :
- protokol byl napisany z powodu tego ze dziewczyna nie miala prawa jazdy i prowadzila samochod bez nr rejestracyjnych.
- w skardze napisala ze siedziala w zaparkowanym OZNAKOWANYM samochodzie sprzodu, na miejscu pasazera, podszedl inspektor i zaczal wymagac lapowki a ona odmowila.

Jak to czytala Pan R. na to:

"TAK! W cyrku jestesmy? Co to jest? Cyrk? Bierz kartke i pisz!" Zawolal jakiegos serzanta i powiedzial mu ze ma ja zabrac bo juz ma jej dosc i niech ona tam napisze papier ze byla na rozpatrzeniu zaistnialej sytuacji. Jak juz odchodzila dodal jej:

"Ty mnie znasz, wiesz kim jestem! Juz mam tego dosc - 2 razy Ci przeszlo a 3-ci juz nie przejdzie!"

Powiedzial serzantowi zeby jeszcze napisala podanie by wydali jej prawo jazdy w zwiazku z osiagnieciem pelnoletnosci. Ona na to tylko "ale przeciez umiem jezdzic..." A ja sie dopiero polapalem - niezle - czyjas curusia ktora Pan R. zna i ma jej dosc ale nie moze nic zrobic - prowadzi nieoznakowany samochod bez prawa jazdy i jeszcze skargi pisze...

Potem byla moja kolej.

R.: Jak masz na imie, Taras?

Ja: Wasyl

R.: Ok, Taras - co tam z Twoja skarga?

Ja: inspektor stwierdzil ze wyprzedzalem a ja sie nie zgadzam.

Pozniej krotka lekcja zasad wyprzedzenia w terenie zabudowanym ktora grzecznie wysluchalem. Napisalem taki sam swisetk jak ta dziewczyna musiala napisac - ze zaproszono mnie i dokladnie rozpatrzono zaistniala sytuacje. Zawolal inspektora ktory byl juz dobrze przygotowany - przyniosl ladnie rozrysowane miejsce gdzie mnie zatrzymano z zaznaczonymi odleglosciami: szerokosc drogi, odleglosc do torow i t.p. - biedny inspektor musial sam tam jeszce raz jechac i wszystko dokladnie zmierzyc (z rysunku wynikalo ze szedokosc jednego pasa to 4,9m).

Pan R. powiedzial inspektorowi zeby wypowiedzial sie na temat sytuacji bo moja wersje juz slyszal. Inspoktor ze "skrzyzowanie, DUZA MARSZRUTKA..." :) ja ze "jak duza?", Pan R. "no ile miala? 3 metry?" Ja z usmiechiem "gdie zescie widzieli takie marszrutki?" On odparl ze przykladowo a ja odrazu ze nawet jak by miala 3M to moj samochod ma okolo 1,6-1,8m i napewno sie zmieszcze jak sie postaram na 1 pasie razem z marszrutka.

Pozniej do mety - nie wolno wyprzedzac - ja ze wyprzedzenie to wyjazd na przeciwlegly pas a ja nie wyjezdzalem - mijalem "marszrutke" na swoim pasie.
No i na tym stanelo - pan R. powiedzial ze podejmie decyzje o ktorej zostane poinformowany.

Ciekawie swoja droga jaki bedzie "wynik". Kolega, przykladowo dostal w kopercie zdjecie z protokolem za wykroczenie w terenie zabudowanym - jechal 90. Nie bylo na zdjeciu znaku "teren zabudowany" i stwierdzil ze oskarzy w sadzie. Ale jak mu dzwonilem 2 dni temu z pytaniem i co tam - powiedizal ze zaplacil te 350 uah bo to sie nie oplaca - szkoda czasu... W moim wypadku jesli zdecyduja ze inspektor mial racje raczej nie wypada placic - bede musial isc do sadu mimo ze tez uwazam ze szkoda czasu za te 350uah - "powiedziales A, musisz powiedziec B"

Tak naprawde nie jestem pewien czy nie wyjechalem na ten przeciwlegly pas - bialej linii niema bo ulica z bruku, ale jestem pewien ze nie maja dowodow udokumentowanych - tylko slowo inspektora. I jesli by tego moglo starczyc bylo by to moim zdaniem bez sensu - mogl by kazdego zatrzymc i powiedziec ze .... jechal na czerwone, wyprzedzal...

22:06, prawie-lwowiak-wasyl , _życie
Link Komentarze (3) »

Byliśmy dziś w Malechowie (miejscowość przy trasie z Hrebennego do Lwowa, przed samym Lwowem). Tak ni z tego, ni z owego. Chcieliśmy odnaleźć pewien cmentarz, który jest w Dublanach i wydawało się, że przez Malechów się dojedzie. Nie dojechało się. Za to zobaczyliśmy kościółek, od jakichś dwoch lat znów czynny jako rzymskokatolicki (za sowietów były w nim... mieszkania). Msze są odprawiane i po polsku i po ukraińsku, a parafia liczy ok. 30 osób. W środku zachowały się podobno przedwojenne malowidła. To wszystko powiedział mi pan, który zajmował się czyszczeniem starego drewnianego ołtarza, który będzie łużył świątyni. 

 

 

 

 

Poniżej informacje nt. Malechowa ze Słownika Geograficznego (stanek na lata 80/90-te XIX w.):

 

 

21:59, pani-z-warszawy , miejsca
Link Komentarze (2) »
środa, 20 maja 2009

A teraz siedzę w domu, dzieci próbują zasnąć, a zza uchylonych okien dochodzą nas z Rynku okrzyki rozentuzjazmowanych kibiców. Rzeczywiście, to dzisiaj przecież finał pucharu UEFA, w którym gra doniecki Szachtar!

Mowa o tym meczu była już od dawna, bo Wasyl jest zagorzałym kibicem, a jego kolega pracuje w jakimś tam instytucie sportowym, którego wychowankiem jest kilku olimpijczyków i jeden, właśnie piłkarz z Szachtara, jeśli dobrze zrozumiałam, i tym kanałem miał on zdobyć bilety na rzeczony mecz, po czym całą paczką chcieli jechać so Stambułu. Okazało się jednak, że łatwiej zdobyć bilety na mecz finałowy, niż przejechać Ukraińcowi tranzytem przez Rumunię... więc wyprawa nie doszła do skutku. Siedzą u klegi, który ma "plazmę" i się pocieszają, że lepiej widać ;)

Mnie nawet się udzieliła atmosfera, choć nawet nie muszę sprawdzać jaki wynik - słyszę po krzykach zza okna ;)

A wy, komu kibicujecie? 

21:20, pani-z-warszawy , _życie
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13