Ostatnie notki
Zakładki:
1-wschód
2-południe
3-zachód
4-północ
Emigranci
Inne ciekawe
Lwów
Warszawa
|
sobota, 17 października 2009
Pojawiam się na monet, żeby znowu zniknąć. Pojawiam się, żeby wyjaśnić i może także przeprosić czytelników tego bloga. Piszę, bo zadzwonił do mnie Krzysztof Lang i powiedział, że nie odchodzi się bez pożegnania.
Podjęłam decyzję, że więcej nie będę tu pisać. Nie z kokieterii, nie po to, żeby usłyszeć od Was, że ten blog był czytany i jest potrzebny. Wiem, że wiele osób chętnie by przez to okienko nadal zaglądało do Lwowa. Dla wielu jednak, i coraz to nowych osób ten blog był krzywym zwierciadłem, w którym widzieli siebie samych. "Tylko nie zamieszczaj mojego zdjęcia". "Tylko nie pisz o mnie". "Tylko nie pisz tego, co powiedziałem". "Uważaj, co mówisz, ona to potem opisze". "Napisałaś, że rok temu piłam koniak w lwowskiej kawiarni... no wiesz!". Nie czuje się szczególnie winna, bo nikogo tu nie pozbawiłam dobrego imienia, ale nie chcę się czuć jak paparazzi, ani nie chcę pisząc co słowo się zastanawiać, czy kogoś nie obrażę. To nie miał być reportaż ze Lwowa, ani zbiór esejów, ani encyklopedia. To miał być blog, o mnie, o mnie w lwowskiej rzeczywistości. Nie mogę o tym pisać, nie zaczepiając tematu znajomych, ludzi z którymi się spotykam. Dlatego uważam, że formuła bloga się wyczerpała.
Ale Lwów trwa. Do zobaczenia w sieci.
czwartek, 03 września 2009
Dawno mnie tu nie było ;) Właściwie nie było mnie też we Lwowie - byliśmy na wakacjach.
Miałam napisać pierwszego września, ale jakoś nie wyszło... a dziś widzę, że cały czas wisi: "Promocja! Z okazji rozpoczęcia nowego roku nauczania zniżka dla wykładowców i studentów na wino: 3%"
piątek, 07 sierpnia 2009
środa, 05 sierpnia 2009
Od razu przy okazji opisze tu knajpę, w której wczoraj byliśmy. Knajpa nazywa się Pod Złotą Różą (Pid Zołotoju Rozoju) mieści się na końcu ul. Starojewrejskiej (na tyłach arsenału) i nazwą nawiązuje do synagogi, obok ruin której się znajduje. Z idei jest to restauracja z kuchnią żydowską (nie koszerną, pod turystów). Ładnie, nastrojowo urządzone wnętrze, zdobione archiwalnymi fotografiami żydowskiego Lwowa, można sobie zrobić zdjęcie w chasydzkim kapeluszu... zpejsami. Spory ogródek letni. Na wstępie kelnerka przynosi dzbanek z wodą i miednicę - do mycia rąk. Każdy klient dostaje też na początek macę. Największą osobliwością restauracji jest to, że w menu nie ma cen - zamawia się w ciemno. Na koniec można po prostu zapłacić rachunek... albo się targować. W przypadku targowania suma wyjściowa jest o wiele wyższa niż ta z rachunku. Nie polecam też targowania, jeśli ktoś nie jest w tym dobry - mój szwagier ze znajomym zapłacili za dwa piwa 150 hr (ok. 60 zł). My za dwa obiady zapłaciliśmy wczoraj (bez targowania) ok 200 hr (ok. 80 zl). Innym razem piwo, sałatki i przekąski dla 8 osób wyniosły ok. 560 hr (ok. 215 zl). Też bez targowania. Nie obeszło się też bez minusów. Dania przynosili chaotycznie, w kolejnosci ugotowania - najpierw główne, potem przystawkę, jedym od razu, innym po długim oczekiwaniu. Karty przyjmują tylko VISA i Maestro, a i tak terminal nie działał, i trzeba było biegać do bankomatu (!). Goście jednak twierdzili, że jedzenie smaczne (ja jadłam tylko sałatkę, więc trudno oceniać).
Zanim wybierzecie się na Ukrainę z psem, przemyślcie to dwa razy. Ludzie, których wczoraj oprowadzałam, przed przyjazdem dzwonili do ambasady ukraińskiej w Polsce, żeby się dowiedzieć, jakie dokumenty musi mieć pies, żeby przekroczyć granicę. Nikt nic nie wiedział, odesłali ich do służb garnicznych. Tam jednak nikt nie rozmawiał w żadnym innym języku oprócz ukraińskiego. Pani z ambasady okazała się miła i zadzwoniła sama, po czym oddzwoniła, że trzeba mieć paszport dla psa, z wypisanymi szczepieniami i ważnym badaniem weterynaryjnym. Na granicy jednak okazało się inaczej... weterynarz stwierdził, że paszport jest tylko na Unię (nie, żeby puścił bez niego!), a trzeba mieć aktualne zaswiadczenie o stanie zdrowia psa, tylko nie w paszporcie, a na osobnej kartce. Po dłuższych pertrakctacjach zmienił zdanie i puścił. Przekraczanie granicy (bez kolejki!) zajęło 1,5 h. Hotel Grand przyjął psa (nawet bez dodatkowej opłaty, co nie jest bez znaczenia, bo np. hotel Leopolis zażądałby za psa 20 euro!), trzeba było tylko wypełnić ankietę, w której m. in. były pytania o to, czy pies nie hałasuje, nie jest "agresorem" i "nie kusajetsia". Gorzej było z restauracjami i kawiarniami. Nigdzie nie można wejść z psem (przepisy sanitarne), dotyczy to też ogródków! Kilka razy pytaliśmy i nam odmówiono, a nawet jeden pan powiedział, że pies kogoś pogryzie i on będzie odpowiadał. W tym samym czasie psa nastraszył rezydujący w knajpie... kot. W końcu przestaliśmy pytać, czy można, wchodziliśmy, pies siadał pod stołem i udało się zjeść. Zwiedzanie odbywało się na zmianę - druga osoba dyżurowała na zewnątrz z psem. Tylko opera była w pojedynkę, bo kiedy wyszłyśmy i pani miała zamienić się z panem, to on zapytał " - Czy są tam złocenia i czerwone dywany?" "- Są". "- A, no to już takie coś widziałem". Opowiedział też, jak poszedł kiedyś na niezwykle ambitną współczeną operę, która trwała 4 godziny, a bilet kosztował 100 euro. Wyszedł w trakcie pierwszej przerwy "żeby sąsiadom nie przeszkadzało burczenie w moim brzuchu".
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Wczoraj miało miejsce zabawne wydarzenie. Oprowadzałam grupę studentów z Polski, na koniec luźno sobie rozmawialiśmy, jeden chłopak pochwalił się, że znał z internetu zespół grający na ulicy, kupił u nich płytę. A na marginesie dodał, że - Bardzo dużo jest we Lwowie brudnych. - ??? - No, punków, hipisów i takich innych. Pewnie dużo takiej muzyki u was jest? Jakoś nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie, ale zastanowiła mnie całą ta dyskusja. Dopiero wieczorem skojarzyłam dwa fakty. Od piatku do niedzieli w świrżu, miejsowości pod Lwowem słynącej z renesansowego zamku, miał się odbywać festiwal, na który zjechała młodzież z całej Ukrainy. W tym hipisi, punki, i "tacy inni". Jednak już pierwszego dnia okazało się, że obsługa techniczna festiwalu nie otrzymała wypłat, i nie zanosi się na to (ukraina!). W związku z tym już w sobotę zaczęli rozmontowywać sceny, jeszcze niektórzy się załapali, żeby zaśpiewać, a w niedzielę nie było juz nic, i całe to festiwalowe towarzystwo zjechało do Lwowa i rozłożyło się na trawnikach w centrum miasta.
Pozostając jeszcze chwilę w temacie, zmarł lider legendarnej ukraińskiej grupy rockowo-punkowo-bluesowo-folkowo-jakiejśtam "Braty Hadiukiny", Serhij Kuzmynśkyj. Ja nie do konca jestem fanką takiej muzyki, ale trzeba przyznać, że jest to rzeczywiscie zespół godny uwagi. Powstał we Lwowie w 1988 r., na kilka lat przed rozpadem ZSRR. Już w następnym roku dał się zauważyć na festiwalu w Moskwie, po tym jak rozruszał znudzoną rosyjskimi utworami publiczność. Udany debiut potwiedzilo zdobycie II-go miejsca na prestiżowym festiwalu "Czerwona Ruta" w Czerniowcach. Gigantyczny sukces B.H. polegał na tym, że zaproponowali oni zupełnie nową jakość na scenie muzycznej ZSRR. Wyśmiewali się ze wszystkich i ze wszystkiego, a najbardziej z siebie i ze stereotypów dotyczących Ukrainców. Język, którym śpiewali, był mieszanką ukraińskiego, lwowskiego bałaku i surżyku. Wiele tekstów z piosenek B. H. weszło do języka potocznego. Właśnie teksty były wyjątkowe - nie mowiły o milości, o buncie, o ludzkich uczuciach - tylko o zwyczajnej galicyjskiej rzeczywistości, trochę kiczowatej, trochę wykolejonej przez lata rusyfikacji, potraktowanej przez pryzmat stereotypu, ale swojskiej. Myślę, że każdy Ukrainiec z zachodu mógłby dostrzec w tych tekstach potraktowane z humorem swoje wady i przywary. Kto zna ukrainski, bardzo polecam wczytanie się w te teksty, to naprawdę perelki ;)
Ostatni album grupa nagrała w 1995 r.
sobota, 01 sierpnia 2009
Wpisy pojawiają się coraz rzadziej, i właściwie muszę się przyznać, że znudziło mi się pisanie tego bloga. Za dużo znajomych go czyta, a co gorsza, coraz częściej w rozmowie slyszę "tylko nie opisz tego na blogu" - jakbym tu kogoś obsmarowała, albo wydała najskrytsze tajemnice. Może formuła tego bloga już się wyczerpała? Może powinnam przestać pisać i ... pojawić się anonimowo w zupełnie innym miejscu?
*** Czytałam ostatnio trochę o Witkacym, przypadkiem trafiłam na jakiś artykuł, potem kolejny. W jedym z nich została wysunięta teza, że Witkacy wcale nie popełnił samobójstwa, że byla to tylko kolejna mistyfikacja z jego strony. Na wieść o wybuchu wojny Witkacy wraz ze swoją długoletnią kochanką, Czeławą Oknińską opuszcza Warszawę i udaje się na wschód. 18.09.39 r. w majątku Wielkie Jeziora dociera do nich wieść o tym, że Armia Czerwona przekroczyła granice polską. Witkacy zabiera Czesławę na spacer do lasu, z którego wraca ona sama, pod wpływem mocnych środków uspokajających, twierdząc, że Witkacy podciął sobie tętnicę szyjną i zmarł. Ona miała też popełnić samobójstwo, ale zwymiotowała cześć zażytych leków. Jest jednak w kiepskim stanie, zapada w sen i budzi się dopiero po pogrzebie. Wiele elementów tej historii budzi zastrzeżenia. Jedyną osobą, która widziała zwloki Witkacego, był właściciel majątku, który miał znaleźć artystę w lesie. Czy to nie dziwne, że tylko on poszedł go szukać? Że nikt nie widzial ciała przed pogrzebem, w jego trakcie? Sama Oknińska wielokrotnie opowiadała o tych wydarzeniach później, za każdym razem podając... nieco inna wersję. Po wojnie odebrała od dentysty sztuczna szczękę Witkacego, której on sam nie zdążył zabrać przed wojną. Po co jej była? Sprzedawała także obrazy namalowane przez Witkacego, które według innego źródła miały zostać zniszczone w czasie Powstania Warszawskiego. Zainteresowanie budzi także fakt, że kiedy wyekshumowano grob w Wielkich Jeziorach w 1988 r., nie znaleziono w nim szczątków Witkacego, a jakiejś młodej kobiety. Potwierdziła to oficjalnie ekspertyza po kolejnej ekshumacji, juz z cmentarza zakopiańskiego. Jaka by nie była prawda, sprawa jest zagadkowa. Jeszcze jedna ciekawostka; Witkacy początkowo nie chodził do szkoły, a pobierał nauki w domu. Jednak w 1897r. (chyba) zdal do II kl. szkoły realnej we Lwowie. Nie uczęszczał regularnie na zajęcia, tylko zdawał egzaminy jako ekstern. Ciekawe, która to była szkoła?
sobota, 18 lipca 2009
Czyli wrażenia po ostatnich wycieczkach.
Wydawało by się, że po to, żeby opowiadać. A co jeśli grupa nie chce słuchać? Na przykład wsiadasz do autobusu, a tam wszyscy pijani. A pilot mówi "ja nie potrafię nad nimi zapanować". Pewnie, ze nie potrafi, bo pyta "a co byście chcieli teraz robić" - to jeden chce jeść, drugi pić, trzeci spać, a czwarty do kantoru. Albo idziemy coś zwiedzać, a część nie ma pieniędzy.. Bo nie wiedzieli, że trzeba. Albo mają, ale nie chcą wydawać, bo im żal (osiem złotych im żal). Część wchodzi, część zostaje, kiedy piersza część wychodzi, druga gdzieś się rozlazła. Albo stajemy koło kawiarni, i część osób słucha, a część zamawia piwo. Jedni chcą iść i zwiedzać dalej, a tamci chcą dopić piwo. I kto winny - przewodnik. "Bo pani nas zatrzymała koło kawiarni". Niestety, na wycieczkach sprawdza się tylko dyktatura - "teraz robimy to i to", i tak nigdy się wszystkim nie dogodzi, ale mądry dyktator wsłucha się w głos ludu i zadowoli przynajmniej część. "Po czasie wolnym spotykamy się na dalsze zwiedzanie" - przychodzą z siatkami załadowanymi wódką. "Bo pani nam nie powiedziała, że nie pójdziemy do autokaru". Przed każdym obiektem, w którym jest zakaz fotografowania, trzeba ostrzec dodatkowo, inaczej gwarantowane, że nikt nie zauważy znaczka. I jeszcze Ci się dostanie. "Prosżę powiedzeć grupie, żeby nie robili zdjęć". A raz nawet na mnie siostra w jednej cerkwi naskoczyła, że turystka weszła w krótkich spodenkach: "ma pani grzech!" Do mnie krzyknęła, że ja mam grzech. Albo ostatnio w Ormiance (katedrze ormiańskiej) - to już było przegięcie - wchodzimy, tam wejście płatne. Podchodzę do tego ich kiosku, i mówię, że każdy płaci za siebie. "Jak to za siebie? A dlaczego nie zebrane? Tak na pewno ktoś nie zapłaci". Aż mnie zatkało, ale odpowiedziałam, że nieładnie tak od razu podejrzewać nieznajomych o nieuczciwość. "Ja nie podejrzewam, ja wiem, że ktoś nie zapłaci". Punktualność też nie jest mocną stroną wszystkich. Umawiam się z grupą na 10.oo. Przyjeżdżają 10.4o. Z hotelu jest pół godziny drogi. Następnego dnia proszę, żeby uprzedzili, jeśli będą mieli opóźnienie. Nazajutrz czekam o 10.oo w umówionym miejscu. 10.15 - nie ma. 10.2o - nie ma. 10.3o przychodzi sms "już wyjechaliśmy". Albo taka propozycja: "umówmy się ok. 10-10.3o". Piszę, czy nie można by konkterneije, żeby nie czekałą pół godziny. Odpowiedzi brak. Przyjeżdżają o 11.oo. "Trzeba było uprzedzić, że się spóźnicie". "Ale zapomniałem pani numeru telefonu". No, ponarzekałam sobie. Ale na ogół jednak jest sympatycznie. Mimo wszystko.
poniedziałek, 13 lipca 2009
Byłam u lekarza. Straszny tam jest, za przeproszeniem, burdel, bo jedni pacjenci są zapisani na godzinę, i wchodzą bez kolejki, a inni czekają w kolejce, a są jeszcze tacy, co nie są zapisani, a i tak wchodzą bez kolejki. Przyszłam, w poczekalni trzy babki. - Kto jest ostatni? - Ja, ale ja wchodzę bez kolejki. Już. - A my wchodzimy razem. W efekcie wszystkie trzy weszły razem. A potem jeszcze czwarta.
U lekarza nowe porządki - kiedyś trzeba było mieć zeszyt w kratkę, teraz już trzeba sobie odkserować kartę, ankietę, jakieś tam druczki itd.- 15 hr. Idziesz do ksero, a w tym czasie przepada Ci kolejka. Jeden plus - jednak tego samego dnia można się dostać do lekarza. Ankieta na 4 strony - czy palisz, czy się narkotyzujesz, czy chorowałeś w dzieciństwie na ospę, świnkę, różyczkę i inne (po ukraińsku nazwy chorób są bardzo skomplikowane; - "jak nie rozumiesz, zaznaczaj: nie wiem"). Czy uprawiasz seks, i z iloma partnerami. Czy teściowa ma podwyższony cholesterol, cukrzycę, raka. Czy teść. Brat. Ojciec. Czy masz alergię. Czy w rodzinie były bliźniaki. Czy jesteś zarażony wirusem HIV. Czy zgadzasz się przebadać. Ile masz dzieci. Czy już miałeś jakieś badania. - Morfologia i mocz. - Kiedy? - Jakiś miesiąc temu. - A, to już nie wiem nawet, gdzie tego szukać. Trzeba zrobić jeszcze raz. Mieć ze sobą igłę, strzykawkę i spirytus.
Potem musiałam jeszcze iść do rejestracji, żeby sprawdzić, czy jestem jeszcze w tej przychodni zapisana, i czy nie musze się zapisać znowu. Kiedy się zapisywałam 4 lata temu, były jaja, i nikt nie wiedział, co z takim dziwakiem jak ja robić. W końcu postanowili, że przysługuje mi bezpłatna służba zdrowia (prowadziłam tam całą ciążę i nawet becikowe dostałam). Ukraina jest tak wspaniałomyślnym państwem, że funduje wszystkim swoim obywatelom (i nie tylko - jak się okazuje) bezpłatny dostęp do lekarzy (teoretycznie, ale o tym może jeszcze kiedyś napiszę - choć ja żadnej łapówki nie zapłaciłam ani razu). Od tego czasu jednak się chyba coś pozmieniało, bo w rejestracji zapytali, czy pisałam podanie. Powiedziałam, że pisałam, choć do końca nie jestem pewna. Oni oczywiście tego nie sprawdzali. Zapytali, czy coś płaciłam, i skoro nie płaciłam, to muszę jeszcze raz napisać podanie i zapłacić. Już się przestraszyłam, że pryśnie mój mit o bezpłatnej służbie zdrowia, ale spoko: 50 hrywien. Za to, że obsługuje mnie inna przychodnia niż moja rejonowa. Właściwie teraz każda jest inna, bo skończyło mi się zameldowanie :) Wyslali mniejednak z powrotem do lekarki, bo nie mieli druczków podań, ani numeru konta. Zapytałam lekarki, czy aby tego wystarczy, bo nie powiedziałam, że jestem cudzoziemką. Dobrze mówię po ukraińsku, często nie poznają. - Jakbyś powiedziała, to by od razu wymyślili, że masz płacić 1000 hr, a nie 50. Trzeba ci tego? A swoją drogą oni pieniądze biorą, a ja mam podania rozdawać! Ale porządki.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Po II wojnie światowej elegancki kurort Truskawiec stał się dostępny dla szerokich mas roborniczych z całego ZSRR. Dlaczego tylko burżuazja miałaby się dobrze bawić (i leczyć). Eleganckie wille - "Switezianka", "Marysia" "Pod Matką Boską", "Grażyna" i inne pozamieniano na sanatoria dla robotników - nr1, nr 2, nr 3, ... To było jednak za mało, ile taki przedwojenny pensjonat mógł przyjąć kuracjuszy? 50? 100? A trzeba było tysiące. Powstały molochy na setki pokoi: Rubin, Krzyształowy Pałac, Mołdawia, Perła Podkarpacia, i inne. Górują one teraz nad panoramą Truskawca.
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||